Biorę narkosny
by przeżyć z dnia „dziś”
rozpuścić noc w akompaniamencie mej krwi
zaszklone oczy
wpatrują się w puste siebie
w krajobrazie malowanym na tafli lustra
krzyk - krzyk w mojej zrogowaciałej głowie
całuję się z dnia wrogiem
ból w krzyżu mówi że czas mnie zabiera
kolejny wiersz przepełniam melancholią
blaknie sentyment do make-upu języka
z narkosnem czuję się jak własny terapeuta we mgle
i wtedy
budzę się
już nie pamiętam nic
kocham cię.
Wiesz, ile dałbym.
Ile dałbym, by usiąść pod ciałem Twym,
w blasku rozpromieniającego się słońca,
pod niebem zbudowanym z bezkształtnej bieli.
Takie rzeczy plotą pod płotem,
a ja słucham uważnie, myśląc co potem.
Blaknie wnętrze zmroczniałego serca,
bo tak bardzo potrzebuję bliskości –
której nie ma w agonii aspołecznego tępca.
Byle siąść.
W korzeniach drzewa, co pamięta ciszę,
złożyć bagaż, którego unieść nie sposób.
Poczuć, jak ziemia przejmuje ciężar.
I przy szorstkiej korze zasnąć.
Mieć liści koronę nad spuchniętą głową.
Niech nade mną, tam gdzie było puste niebo,
rozleje się cicho... kojący spokój.
I już nie pytać.
Cicho. Tak cicho.
Moje domy znów stoją puste,
a ja po raz kolejny samotnie przemierzam ulice.
Z dnia na dzień,
bez snu, bez słuchu,
płaczę w ukryciu.
Gdy Jezus pyta, czy chcę jeszcze żyć,
odpowiadam, że brak mi już sił,
ale daj mi jeszcze egzystencji.
Tylko nic nie mów.
I proszę, nie przytulaj mnie.
Tak bardzo się boję.
Sam nie potrafię już nawet cicho łkać.
Za moimi plecami w milczeniu stoi Jezus,
a nade mną unosi się Margaret T.
To ona ostatecznie mnie przytula,
a ja tak bardzo boję się być,
nie mając już niczego więcej w emocjach
niż stosu zgniecionych kartek.
Życie pęka i rozrywa się jak stara poduszka.
Nawet duchy w moim domu dawno już umarły.
Nie pozwól swojemu sobie
odejść
płakać
gnać za pędzącym donikąd parowozem
w szyku majestatycznej codzienności
błąkasz się po topniejącym lodzie
słuchasz pszczół i kiwasz ptakom na zgodę
gdzie jednak są twoje myśli?
gdzie są twoje oczy?
marniejące
wszystko takie swobodne
tli się w gorączce
ciało twoje i moje ciało
i ciało nasze szuka odpowiedzi
wszyscy dokądś idziemy zapominając o własnym sobie.
Kromka wina
nagi szyk
chciałbym tak bardzo
tak bardzo przytulić własne łzy
piszę wiersz
bez natchnienia
w sumie nie… nigdy nie napisałem wiersza
ciało skarcone
w tłumie moja nijaka głowa
błąkania i krzyki i miraże
wszystko pod jednym dachem
ojcem miasto
noc matką
piszę bo potrzebuję
nie bo chcę
zamknij stronę
wyłącz się
to sobie mówię
gdy pisać idę w tłumie…
Nie całuj mnie na dobranoc
bo i tak tej nocy nie zasnę
uśmiech mój tragiczny gdy żegnam się z znikającym w cieniu ciałem
myślę o drugiej w nocy co zjem na śniadanie
o czwartej rzucam poduszkę na podłogę i słucham ciszy za okna ekranem
miało być mi lżej
miałem zamknąć oczy i oddać się marzeniom
zanieść myśli do marmurowej kołyski
i mieć święty… święty… święty spokój
budzi mnie szósta
wyglądam przez okno
promienie słońca oblewają mój zmęczony łeb
krzyczeć się tylko chce ale i na to nie ma siły
bo taka tragikomedia naszych czasów
silni gdy bezsilni i bezsilni gdy silni…