Ugiąć się
spaść
tak mi słabo
suchość w ustach
pustki brak
brak
w spokoju szukam słów
lecz i one są daleko
wszystko daleko
nic blisko
skoro brak to brak
a jak brak to nie ma
nie ma we mnie
i ja
Siedzę tam
sam
słucham nic nieznaczących słów
w głowie szum
w głowie dalej analiza własnego ja
i szukanie pod nogami upragnionego gruntu
gdzie ja jestem
kim ja jestem
czy nie na tym polega żart
słyszę jego bełkot
uprawia czystą hegemonię
twarz zmizerniała
wykuta z niepasujących do siebie elementów
smutno mi tak patrzeć na Ciebie
i słyszę jak wyciągasz telefon
powoli palcem przesuwasz po kolejnych klawiszach
wybierasz numer
cicho łgasz
pytasz się
milczysz
ona… tłumaczy
zna twój głos
wie kim jesteś
wie co mówisz
ona jest przy tobie
ona czuwa
ja siedzę zaś sam
ale już nie sam
czuję ciebie obok
ginę w smutku z twoim ciałem obok.
Kromka wina
nagi szyk
chciałbym tak bardzo
tak bardzo przytulić własne łzy
piszę wiersz
bez natchnienia
w sumie nie… nigdy nie napisałem wiersza
ciało skarcone
w tłumie moja nijaka głowa
błąkania i krzyki i miraże
wszystko pod jednym dachem
ojcem miasto
noc matką
piszę bo potrzebuję
nie bo chcę
zamknij stronę
wyłącz się
to sobie mówię
gdy pisać idę w tłumie…
Och Boże
to był ciężki dzień
nie chcę wracać
nie chcę iść dalej
tkwić też nie chcę
nie chcę siedzieć
nie chcę patrzeć
czego chcę?
nie wiem
tak błąkam się w tym
i pytam się siebie
czemu nie zapytam Ciebie
co dla mnie szykujesz
co Ty do jasnej cholery szykujesz dla mnie
Och Boże
to był ciężki miesiąc
obudziłem się w środku nocy
spojrzałem na zegarek
przetarłem niewidzące oczy
i napisać do Ciebie chciałem
nie wiem już sam co
ale napisać - oddać się temu - zginąć marnie
i nie wiem
nic nie wiem
nie wiem i tak nie wiem
i wiem ale jednak nie wiem
i nic pewne
i wszystko dziwne
i tak mi mija lutnie popołudnie.
Jadę moim rowerem przez małe miasto
nie ma nade mną światła
ciemność budzi mnie ze snu
i dalej podróżuję
w nocy gdy dźwięk nie żyje
gdy moje słowa nie istnieją
myśli są polemiką i jakoś tak
boli mnie to wszystko
boli ciało boli głowa
Jezus oczyszcza me poliki z łez
usycham w rozkroku bezlitości
i później przemieniam się w zepsuty owoc
topnieję jak oparzony ogniem lód
marnieję jak wykorzystany papieros na chodniku
i tak jadę moim rowerem przez miasto małe
trzymając w ręku telefon
słuchając muzyki w słuchawce
zauważa mnie policjant
i podchodzi z szarą dłonią zawieszoną na pasie
wypytuje się jak u mnie i czy zjem z nim śniadanie
a ja tylko wpatruję się w jego oczy
i myślę kiedy wrócę na rower
i pojadę w nieznane oddając się nocy
jak zakochany nastolatek
wsiąść na zwykły rower
czy to zardzewiały
czy to niedokręcony
jechać przez miasto
chronić twarz przed wiatrem
kocham siebie gdy tak marzę
nienawidzę siebie gdy przestaję
i tak jadę i tak jadę
wszystko mi jedno dokąd
jadę
wystarczy że jadę.
Nie całuj mnie na dobranoc
bo i tak tej nocy nie zasnę
uśmiech mój tragiczny gdy żegnam się z znikającym w cieniu ciałem
myślę o drugiej w nocy co zjem na śniadanie
o czwartej rzucam poduszkę na podłogę i słucham ciszy za okna ekranem
miało być mi lżej
miałem zamknąć oczy i oddać się marzeniom
zanieść myśli do marmurowej kołyski
i mieć święty… święty… święty spokój
budzi mnie szósta
wyglądam przez okno
promienie słońca oblewają mój zmęczony łeb
krzyczeć się tylko chce ale i na to nie ma siły
bo taka tragikomedia naszych czasów
silni gdy bezsilni i bezsilni gdy silni…