Hubert Przybyła, 2025-2026
Pusty świat. Świat bez struktur. Świat podporządkowany.
Tonąc w aromatach snu, natknąłem się na jej spojrzenie. Było krótkie, ale jakie wymowne. Pamiętam, jak błękit jej oczu zabarwił mój obraz. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Nie mogłem porzucić tej chwili - dać jej uciec w zapomnienie spowodowane pobudką. Byłem świadomy, że śnię, ale starałem się zgubić ponownie w tej pierwotnej nieświadomości. Przecież musiało to być w pewien sposób wykonalne. Nie mogłem pozwolić własnemu mózgowi wygrać nad sobą. Zdaję sobie sprawę, że działaliśmy jak dwa różne organizmy, ale potrzebowałem kompromisu. Potrzebowałem go jak nigdy dotąd.
Po krótkim epizodzie ze spojrzeniem przyszła pora, aby wpatrywać się w jej gęste brunatne włosy, które chciały być podziwiane. Nie mogłem na niczym innym zawiesić wzroku - nic nie widziałem poza nią. Tło było na tyle niewyraźne, że nie pozwalało mi rozszyfrować jakiegokolwiek kształtu. Zresztą, to już nie było istotne. Liczyła się jej sylwetka, która jak złoto promieniowała przed moim bezsilnym ciałem.
Byłem nieruchomy. Byłem taki sztywny. Starałem się móc z siebie cokolwiek wydusić, ale czułem się zblokowany przez niepojętą siłę. W chwili, gdy ona odwróciła się do mnie plecami, miałem jeszcze silniejszą ochotę, aby móc do niej wypowiedzieć jakiekolwiek słowa. Aby te słowa jak wiatr przepłynęły przez jej skryte za włosami uszy. Aby jej oczy ponownie wpatrzyły się w moje i nic nie powiedzieć - pozostawiając mnie bez odpowiedzi.
Czyżbym się zakochał? A może to tylko podłe zauroczenie? Zazwyczaj w śnie działam jak przeciwieństwo własnego siebie, ale tym razem czułem, że kreacja moich reakcji była jak najbardziej zgodna z tym, co mógłbym zrobić (hipotetycznie) w rzeczywistości. W śnie jestem głośny. W śnie jestem chaotyczny. Poza nim jestem cichy i spokojny. Konfrontując własną postawę ze snu z tymi wszystkimi moimi przylatującymi mi do pamięci, doszedłem do wniosku, że widząc ją, byłem sobą. Nie byłem kimś, kim zawsze gardziłem.
Ale czy ta miłość była tą prawdziwą? Bo czymże była miłość wobec niej, kiedy nie umiałem tego okazać, a zarazem okazywałem to zbyt dosadnie? Ona nie czuła do mnie nic - przynajmniej tak to wywnioskowałem z tego naszego krótkiego spotkania. Ja czułem wszystko - byłem gotowy podążyć za nią jak dziecko w ciemności, gdy ujrzy cząsteczkę wynurzającego się z głębi światła. Ale czy czułem tę miłość szczerze? A może była ona kreacją mojego pragnienia?Przecież nigdy nie zakochałem się tak jak wtedy. No i najważniejsza kwestia: czy mógłbym zakochać się tak bardzo w kimś, kto nie istnieje - kto jest moim wytworem i żył, gdy ja nie byłem zupełnie świadomy? Bo właśnie: czy ten brak zupełnej świadomości może być kontrargumentem dla mojego zachowania? Trudno na to jednoznacznie odpowiedzieć, bazując na tym, że wielu ludzi zakochuje się w sobie jak szaleni (nie oddając się racjonalnemu podejściu do całokształtu sytuacji). Więc gdzie tak naprawdę leży prawda? Czy ona kiedykolwiek wróci? A jeśli wróci, to jaka wtedy będzie? Czy dalej będzie miała takie piękne oczy?
Za dużo pytań, a za mało odpowiedzi. Przecież to było kilka sekund, a sen rozciągnął się na całą noc. Nie potrzebowałem już potem więcej śnić. Potrzebowałem zająć głowę czymś zupełnie innym. Planowałem wciągnąć się w wir pracy - załatać dziury, które wytworzyły moje chaotyczne myśli. Pragnąłem zgasić pragnienie, choć było to trudne.
Po porannej toalecie i niesycącym śniadaniu poszedłem do swojego małego biura, które znajdowało się w oddzielnym pokoju. Wyciągnąłem z szafki plik papierów i włączyłem laptopa. Na zewnątrz kwitł poranek, który dodawał mi chęci do dalszych działań. Co jakiś czas wpatrywałem się przez okno w pusty chodnik i wyobrażałem sobie losowych przechodniów. Było to przyjemne ćwiczenie dla moich oczu, które łączyły świat nierealny z tym realnym. Mózg był malarzem. Oczy płótnem.
Później już tylko siedziałem jak robot. Wpisywałem w tabelki kolejne numerki, które w swojej ciągłej konstrukcji zamieniały się w matematyczne labirynty. Zgubiony w morzu liczb próbowałem znajdywać kolejne drogi, aby dostać się bliżej tego wymaganego rozwiązania, jednakże często dominowała nade mną bezsilność. Tym samym brak litości pikselowych kwiatów doprowadzał mnie do coraz większego gniewu. No ale czemu tak? Czemu tutaj jest tak, a zaraz potem tak? Ale to nie ma sensu - marudziłem sobie pod nosem jak wytrawny analityk. Prawda była taka, że to nie z mojej winy całość nie miała ładu. Ja pełniłem tylko rolę korektora, a zarazem s p r a w o z d a w c y. Moim zadaniem (co jest trochę smutne) było wypatrywanie tych wszystkich nieścisłości, a także tłumaczenie ich i poprawianie.
Oczy - jak zombie - powolnie podążały za kolejnymi znakami, a linijki w coraz wolniejszym tempie przeskakiwały poza kilkunastocalowy ekran laptopa. Nie miałem już sił, aby dalej nad tym siedzieć. Potrzebowałem kawy albo jakiegoś solidnego energetyka. Ale to wymagałoby wyjścia do sklepu - a nie miałem na to zbytnio ochoty. I tak tkwiłem w durnocie chwili. Okrąg był okręgiem, a ja - niemądry - mniemałem, że jest w nim jakaś dziura, dzięki której uda mi się wyjść (tj. podjąć decyzję).
Po pracy ciągle wracałem myślami do niej i do jej gęstych włosów. Z jednej strony miałem już serdecznie dosyć ciągłego przypominania sobie tej kilkusekundowej sceny poza znaną sferą, ale z drugiej strony serce wciąż mnie zmuszało, bym to robił. To znaczy serce jako jakiś wewnętrzny ja, który się w niej zakochał.
Z każdym kolejnym kwadransem coraz bardziej wierzyłem w to, że taki podgatunek miłości jest możliwy. Jak głupi też zacząłem myśleć, że miłość ta zagwarantuje mi długoterminowy spokój. W końcu oddanie się w łaski kogoś, kto nie ucieknie z twojej głowy, a zarazem jest malowany przez ciebie, nie powinno skutkować niepotrzebnymi problemami takimi jak: kłótnie, zdrady itp.
Jednak, co to jest za podejście? Przecież to nie są myśli zdrowego człowieka. To nie jest coś normalnego. W głowie rozmnażał się nieujęty chaos, który dosypywał kolejne bzdury mające odmienić moje podejście do całej sytuacji. Ta rozsądna część mnie niejednokrotnie próbowała wszystko zburzyć i postawić na nowo - dać mi się oczyścić - ale to było awykonalne w starciu z pozostałymi ja. Tak złożony człowiek nie powinien mieć prawa decydować o samym sobie, a jeżeli musiałby, to powinien kogoś wystawić jako przedstawiciela. Przecież słuchanie kilkunastu głosów, które jak pijane paplają niepojęte rzeczy dla mnie, tego czyniącego, był to istny koszmar. Ja - czyniący. Ja - słuchający. Ja - oceniający. Ja - rozsądny. Ja - chaotyczny. Ja - zakochany. Ja - wrażliwy. Ja - strachliwy. Ja - i tak dalej. Każdy ten niedosłowny organizm łączył się w organizację, która powinna przybrać formalny charakter, a nie utrzymywać się na pograniczu absurdu i racjonalizmu.
Tak więc cały wieczór musiałem spędzić z moją przepełnioną wszystkim głową. Bez spokoju. Bez ciszy. To znaczy była cisza wokół (telewizor milczał, ulica milczała, sąsiedzi milczeli), ale moje wnętrze krzyczało jak opętane. Plątałem się jako jedna z tych cząstek i próbowałem uspokajać inne, ale sam nie umiałem być na tyle spokojny, by móc dostatecznie zapanować nad sobą. Jakkolwiek brzmi to już abstrakcyjnie i wymagałoby kolejnych tłumaczeń, to pozwolę pozostawić sobie ten wątek i wrócić do obiektu moich westchnień.
Zbliżała się noc, a z nią zbliżała się myśl, że znowu będzie mi dane ją ujrzeć. Chciałem ją ujrzeć, chociaż wiedziałem, że przyniesie mi to ten sam chaos, który zgotowałem sobie w ciągu dnia. Uczucie jednak było silniejsze. W niekontrolowany sposób obraz z nią jak boomerang powracał mi przed oczy, a ja karmiłem się nim, aby mieć pewność, że to będzie ta myśl, z którą przekroczę granicę świadomości i lekkim krokiem wstąpię w sferę moich marzeń sennych.
Zegar tykał. Tik i tak rozlegały się po pustym mieszkaniu. Cisza rozbrzmiewająca na zewnątrz ukierunkowywała mój słuch w stronę nieodpuszczającego zegara. Przed oczami ciągle te same obrazy. Niech Cię na nowo ujrzę - wzdychałem sobie jak kretyn. Wystarczyło dobrze nauczyć się kontroli snu, a zachowywałem się, jakby całość zależała od czynnika losowego.
W końcu nadszedł ten moment, gdy wkroczyłem w pozaświadomość. Gdybym mógł to opisać - choć, oczywiście, my ludzie nie umiemy pamiętać aż takich szczegółów - to użyłbym tutaj słowa niepostrzeżenie. Kilkadziesiąt minut spędziłem na zamartwianiu się tym, czy w ogóle będzie mi dane tamtej nocy usnąć. Przekładałem się z boku na bok, odwracałem poduszkę, przestawiałem ręce - wszystko, aby móc znaleźć się w tej idealnej pozycji, która odblokuje mi świat marzeń sennych. Paradoks jednak polega na tym, że była potrzebna chwila nieuwagi. Niepotrzebnie wykonywałem te wszystkie rytuały, bo tak naprawdę wystarczyło tylko wyłączyć się (a dokładniej uciec od tego myślami i oddać się upływającemu czasowi). W taki też sposób moje ciało zaczęło mimowolnie przepływać przez granicę. Jak spadające z wysokości piórko byłem coraz bliżej swojego celu, ale musiałem liczyć się z tym, że nie będzie to błyskawiczny proces.
Będąc po drugiej stronie, czułem się już spokojnie - w końcu udało mi się zasnąć. Pamiętam (jak przez mgłę), że znalazłem się przy jakimś posągu anioła na opuszczonym (?) cmentarzu. Trudno było mi udowodnić, że akurat ten cmentarz był opuszczony. Skoro mój mózg podsunął mi taką interpretację, przyjąłem ją bez większych zastrzeżeń.
Panowała melancholijna jesień. Ogolone z liści gałęzie wisiały nad umierającym cmentarzem, tworząc imitację naturalnego dachu. Gdzieniegdzie można było znaleźć stare znicze pamiętające jeszcze czasy świetności. Wspomniany pomnik znajdował się w centralnej części nekropolii. Anioł został wyrzeźbiony w pozycji stojącej. Skierowana ku niebu głowa posiadała pewne ubytki, które (prawdopodobnie) były pozostałością po kwaśnym deszczu. Złamane palce u złożonych dłoni sprawiały wrażenie, jakoby były znakiem błagania, które nigdy nie zostało wysłuchane.
Stałem pod tym pomnikiem, czekając na kogoś, kogo dobrze znałem - kogo potrzebowałem do tej tajemniczej scenerii. Czułem się jak autor sztuki teatralnej - opracowywałem scenę zgodnie z wcześniej przygotowanymi didaskaliami i brakowało mi tylko aktorów, którzy dopełniliby całokształt.
Gdy tak oczekiwałem, nagle zza kamiennych nagrobków wyłoniła się niewyraźna postać. Nie umiejąc jej odczytać, postanowiłem jakkolwiek nie reagować na jej powolny spacer między grobami.
Nie minęła chwila, a obok mnie znalazła się o n a. Wyglądało to tak, jakby się przeteleportowała albo jakbym na chwilę się zupełnie wyłączył. Mimo wszystko, był to jedynie sen, więc nie ma co tutaj mówić o logice w działaniu rzeczywistości. Zaakceptowałem ten fakt, jakby nie było to dla mnie zbytnio zaskakujące.
Tak też oboje staliśmy przy pomniku modlącego się anioła. Staliśmy jak nieznajomi, ale czułem, że byliśmy sobie bardzo bliscy. W końcu mogłem dłużej patrzeć w jej nieruchomą twarz. Wzrok utkwiła na kształtach, które znajdowały się za mną - wiedziałem, że nie byłem na razie w centrum jej uwagi. Wykorzystałem ten moment na baczną analizę jej fizjonomii. Ponownie zakochałem się w błękicie jej nieskazitelnych oczu. Usta, jak tulipanowe łąki utkane na południu Holandii, błyszczały w kontraście z stonowaną barwą bladej skóry. Lekko pokrywające policzki rumieńce (od dręczącego nas zimna) i prostota jej oddychającego nosa - tak naprawdę każdy kawałek krył za sobą swoiste piękno, które można by było opisać zarówno za pomocą zwykłych zdań, jak i mistrzowskiej poezji.
Po jej obserwacji otoczenia przyszła pora, aby wpatrzyć się we mnie. Stałem naprzeciwko jej okrytego płaszczem ciała i wyczekiwałem, aż wypowie jakiekolwiek słowo. Mijały sekundy, a dalej tkwiliśmy w głośnej ciszy, którą próbował zakłócać niespokojny wiatr.
Nie mogłem dłużej trzymać w sobie tych wszystkich emocji. Widziałem, jak z uwagą przygląda się fragmentom mojego ciała, tak jak ja przyglądałem się jej twarzy. Mimo wszystko postanowiłem przerwać tę intymność chwili. Z wnętrza - gdzie pływała krew i pracowały narządy - wydobyły się słowa:
- Pięknie tu.
Wiedziałem dobrze, że było to niepotrzebne. Mogłem zacząć tę rozmowę od czegokolwiek innego, a postanowiłem skupić się na otoczeniu. Zastanawiało mnie, co musiało dziać się w jej mózgu. Jakie procesy myślowe zachodziły w jej głowie, co powodowało, że odpowiadała dopiero po chwili? Ewidentnie potrzebowała czasu - nie chciała się spieszyć. Ceniłem to.
- Pięknie - wypłynęło z jej ust i wpłynęło do moich uszu, które na dobre rozkochały się w barwie jej kojącego głosu.
Zastanawiałem się, jak dobrze potoczyć tę konwersację. W co wbić kilof, aby nie spaść?
- Coś się stało? - wyrwało jej się. Poczułem niedosłowne zbliżenie. Spojrzałem na górujący nad nami pomnik.
- Zamyśliłem się - powiedziałem spokojnie.
- Nad czym?
- Nad chwilą.
Czułem, że nie mówię tego w zgodzie z samym sobą. Jakbym ja w śnie nie chciał działać zgodnie z przyjętą strategią. Zaczynałem się wewnętrznie stresować - A co, jeśli ją spłoszę? Co, jeśli uzna mnie za kogoś niegodnego jej zaufania?
Milczeliśmy z dobrą minutę. Ja - jako obserwator sceny - próbowałem wpływać na siebie samego jak aktora i zrobić cokolwiek, aby uniknąć porażki. Nagle coś we mnie zaiskrzyło - czując, że jest to mimo wszystko skomponowany przeze mnie sen, postanowiłem wydusić z siebie najtrudniejsze dla mnie dotąd słowa:
- Nie zamyśliłem się nad chwilą. Myślałem o tobie.
I spojrzałem w przestrachu na jej błękitne oczy. Próbowałem z nich wyczytać jakiekolwiek emocje, ale było to niemożliwe. Zarówno oczy, jak i cały wyraz twarzy sprawiały wrażenie napisanych w nieznanym mi języku.
Czuwający nad nami anioł dalej miał uniesioną ku niebu głowę. Ja - mały - znajdowałem się w okolicach jego bosych stóp, do których nie dosięgała jego falista szata. Wiedziałem jednak, że mimo swej maleńkości w obliczu majestatu dominującej nade mną rzeźby, jestem na tyle silny, aby nie wycofać się z wypowiedzianych słów i wyznać jej prawdę.
- Odkąd zobaczyłem cię tamtej nocy, gdy staliśmy blisko siebie przez kilka sekund, to nie mogę ciebie wyrzucić z pamięci - zacząłem z udawaną pewnością co do układu wypowiadanych słów.
Ona podniosła prawą brew (czego nie umiałem zinterpretować) i z zaciekawieniem zapytała:
- A czemu chciałeś mnie usunąć z pamięci?
Zamurowało mnie. Czułem się, jakbym prowadził wywiad z maszyną, z którą nie da się wygrać. Czułem, że jestem w tym dialogu skazany na porażkę. A jednak, mimo wątpliwej pozycji, próbowałem brnąć dalej:
- To nie tak, że chciałem usunąć, jako że chciałem się ciebie pozbyć. Po prostu okupowałaś moje myśli, a miałem inne rzeczy na głowie. Musiałem pracować. Nie mogłem od tak przestawić się na to. Rozgościłaś się w mojej głowie.
- I to cię boli?
- Ależ skąd! - wręcz krzyknąłem w przestrachu.
- A jednak powiedziałeś to słowo usunąć.
- Nieumyślnie - próbowałem się wykręcać.
- Rozumiem - i zamilkła, odwracając wzrok w kierunku grobów znajdujących się po jej lewicy.
Starałem się, jak mogłem, wygrać z koszmarem, który już dawno przestał być spokojnym snem.
- Jesteś przepiękna. Masz takie wyjątkowe rysy twarzy, że… - próbowałem na coś wpaść, żeby się znowu nie upokorzyć - nie mogę od nich oderwać oczu.
Zarumieniła się bardziej niż dotąd (interpretowałem to jako dobry znak). Mimo wszystko postanowiłem nie kontynuować swojego wywodu i poczekać, aż może zareaguje. Ona milczała, jednakże jej wzrok ponownie spoczywał na mojej twarzy, a nie na wyniszczonych kamiennych płytach.
Wreszcie jedno z nas musiało przerwać tę nieprzyjemną ciszę. Padło na mnie.
- Wybacz mi.
Ona milczała. Szeroko otworzyła oczy (jakby się przebudziła). Wciąż zastanawiałem się, co siedzi w tej jej małej głowie.
- Nie musisz - szepnęła.
Włos stanął mi dęba. Przez ciało przemknęło nieopisywalne napięcie. Z zawstydzenia zacząłem powolnie drapać się po brodzie, tym samym zakrywając część twarzy.
- Nie musisz - powtórzyła, ale tym razem głośniej i w przyjaznym tonie.
Nie powiedziała jednak nic więcej. Światło, ostre jak z reflektora, oślepiło moje oczy.
Po jego zgaśnięciu znajdowałem się w zupełnie innym miejscu. Już nie było zaniedbanych grobów ani zniszczonego przez naturę posągu modlącego się anioła. Nie było też tych nagich gałęzi chroniących nasze głowy. Jej też nie było. Znajdowałem się pośród niczego. W zupełnej niewiedzy, obserwowałem pustkę, która rozmnażała się z prędkością światła przed moimi zmęczonymi od wcześniejszego blasku oczami.
Usiadłem na ziemi w milczeniu. Próbowałem rozmawiać ze sobą w myślach i wszystko sobie tłumaczyć, ale zaraz potem zrozumiałem, że ten koszmar się skończy. Musiałem się przebudzić. Nie ma na to innego wytłumaczenia - powiedziałem sobie szeptem i czekałem.
Pobudka jednak nie nadchodziła, więc, zrezygnowany, wstałem i udałem się w kierunku niczego. Szedłem przez nic i czułem się jak nic. Tym samym zaczynałem nabywać awersji do samego siebie i do tego, w jaki sposób kreuję swoje marzenia senne. Choć byłem świadomy tego, że tworzyło się to przy braku mojej świadomej ingerencji, to czułem, że gdzieś ten wewnętrzny malarz bazował na moim bezsensie.
Jak głupi szukałem jej wzroku w miejscu, w którym wiedziałem, że go nie znajdę. Błąkałem się, oczekując aż w końcu wybudzi mnie światło słońca, które mimowolnie zacznie wpływać do mojej sypialni.
W pewnym momencie swojej przechadzki usłyszałem niewyraźny szept. A może to był szum? Dziwny dźwięk rozproszył się po moim przewodzie słuchowym. Wzdrygnąłem się i stanąłem w miejscu. Próbowałem nasłuchiwać, ale nic z tego. W tym samym czasie zacząłem odczuwać nad wyraz przeszywający chłód. Co się właściwie dzieje? - ponownie zapytałem siebie, próbując zrozumieć sens. Czyżby mózg chciał mi coś przekazać, a może ona próbowała uwolnić się z miejsca, w którym mój mózg ją zamknął?
Z ciekawości spróbowałem zamknąć oczy. Czułem, że pozwoli mi to odblokować nowy świat, który dałby mi nowe wskazówki. Tak też zamiast widzieć przed sobą pustkę, teraz widziałem wymuszoną ciemność. Nieruchomy stałem i czekałem, aż coś się zmieni. Musiało się w końcu coś stać.
Znikąd znowu dopadł mnie niewyraźny szept. Nic nie mogłem zrozumieć, ale tym razem, dzięki wytężonemu słuchowi, pojąłem, skąd ten dźwięk dobiegał. Otworzyłem oczy, a przede mną znowu ukazała się sceneria, w której przyszło mi rozpocząć swój sen. Znowu ten nieszczęsny pomnik modlącego się anioła. Znowu ona. Stała i w ciszy wpatrywała się w moje roztargnienie. Czułem, że coś się dzieje złego. Nie umiałem jednak znaleźć jakichkolwiek podpowiedzi. Przez głowę przebiegały różne myśli, które formowały absurdalne scenariusze. Mimo wszystko dopuszczałem każdą opcję do analizy, ponieważ, tkwiąc we śnie, nie mogłem pozwolić sobie na prozaiczność. Coś musiało się dziać, jednakże działo się poza sferą mojego rozumienia.
Gdy tak rozwodziłem się nad dziwnością sytuacji, ona nagle szepnęła. To był ten sam szept, który dwukrotnie dobiegł do mych uszu, gdy błąkałem się po pustkowiu:
- Spokojnie.
Odwróciłem się w jej kierunku, ale nie poczułem się komfortowo, patrząc w jej nienaturalnie piękne oczy.
- Za chwilę zniknę. To koniec - powiedziała w najspokojniejszy sposób, w jaki mogła to zrobić.
Jej kojące słowa otuliły mnie niczym ciepły koc, pod którym skrywam się, gdy jest mi zimno.
- Nie rozumiem - stwierdziłem.
- Nie ma co rozumieć. Ja znikam.
Podszedłem do niej powoli. Każdy kolejny krok stawiałem w przemyślany sposób. Nie spuszczałem jej z oczu. Dalej się w nią wpatrywałem. Nie mogłem niczego pojąć. Gubiłem się. Zupełnie się gubiłem - w słowach, czynach, scenerii. Byłem jak dziecko w labiryncie.
Ona nie zrobiła żadnego kroku. Poprawiła lekko zasłaniające jej twarz włosy i powróciła do tej samej pozy, w której ją zastałem.
- Przecież wiesz, że to jest sen. Po co się mną zachwycasz? Ja zniknę. Zapomnisz o mnie. To jest tylko sen - powiedziała, ale tym razem nie było to tak spokojne jak przedtem. Z tonu jej głosu można było wyczuć rozkwitający smutek.
- Nie zapomnę - wypłynęło z moich ust. Ona jednak nie odpowiedziała na to.
- Wiem, co o mnie myślisz. Twoje myśli przede mną nie uciekną. Lecz ja… nie istnieję - z żalem dodała.
- Nie. Nie - nie wiem, czemu przeczyłem.
- Zginę wraz z nastaniem poranka.
- Nie zabiję cię. Wciąż jesteś w mojej głowie. Byłaś wczoraj i jesteś dzisiaj. Umiesz przetrwać.
Lecz ona zamiast się ucieszyć, całkowicie zbladła. W przestrachu przeanalizowała ostatnie moje słowa.
- Tylko że ta kobieta, którą wczoraj rzekomo widziałeś, to nie byłam ja.
I zamilkłem.
Zamilkłem na wieczność wedle czasu uwięzionego w moim śnie. Obudził mnie dźwięk kosiarki. Ktoś postanowił o dziewiątej rano wybrać się na koszenie trawy.
Byłem poddenerwowany, ale nie samym faktem wybudzenia w tak ważnym momencie, a bardziej tym, że zbyt wkręciłem się we własne sny. Przecież ja muszę się ogarnąć. Nie może być tak, że będę tracił zmysły, bo jakaś nieistniejąca kobieta mi powiedziała, że to co, wczoraj widziałem, to nie była ona - mówiłem sobie. To w takim razie kim była ta nowa ona? Gdzie się podziała tamta ona? Czemu była tak do niej podobna?
Na próżno próbowałem znaleźć odpowiedzi, ponieważ wszystko było czystą fikcją.
Edmund nie miał już siły, aby dłużej myśleć nad tym, co go spotkało minionej nocy. Z rezygnacją podjął się codziennych czynności, które były swoistym rytuałem w jego nieciekawym życiu. Skorzystał z toalety, zjadł śniadanie, umył zęby i zabrał się do pracy (jak to robił dzień w dzień, nieprzerwanie od ukończenia studiów).
Surfując po plikach przepełnionych liczbami, czuł wreszcie upragniony spokój. Głowa nie była już przeciążona myślami o nieznanej kobiecie. Skupienie pozwalało mu uniezależnić się od chaosu, który dotąd wziął go w swoje sidła.
Po jakimś czasie zaczęły go boleć oczy. Poczuł nieuniknione zmęczenie, które coraz szybciej odbierało mu siły. Do zakończenia pracy pozostało mu uzupełnienie kilkunastowierszowej tabelki, jednakże nie czuł się na tyle trzeźwo, aby móc się do tego zabrać. Z niechęcią wstał od biurka i udał się w kierunku okna, aby skupić swoje zaczerwienione oczy na innym obrazie. Zamiast wpatrywać się w niebieski ekran drogiego laptopa, postanowił poobserwować spacerującą panią z psem. Była to staruszka (zbliżająca się do osiemdziesiątki), za którą człapał równie stary sznaucer. Wykończone życiem nogi uniemożliwiały im swobodny chód. Staruszka z wyraźnym bólem, który malował się na jej zmarszczonej twarzy, próbowała stawiać kolejne kroki (jakby była to jej misja, której poświęcała się z całkowitym oddaniem). Sznaucer zaś dotrzymywał towarzystwa swojej właścicielce, choć widać było, że nie miał na to kompletnie ochoty i marzył o odpoczynku na poduszce w kącie pokoju dziennego.
Wpatrując się tak w międzygatunkową więź, Edmund zaczął ponownie rozważać to, co do tej pory sukcesywnie wymazywał ze swojej głowy. Widok człowieka i psa, którzy, prawdopodobnie, nie rozumieli się w stu procentach, a jednak byli sobie oddani w tej ciężkiej chwili, był dla niego motywujący. Skoro tak się dogadali i umieją z tym żyć, to czemu ja nie mogę? - zapytał siebie. Wiedział jednak, że w sumie nikt mu nie zabraniał być zauroczonym kobietą z jego snów.
Edmund z lekkim uśmiechem wrócił do biurka, a następnie zaczął szukać wskazówek w internecie. Z ciekawością, która szybko przerodziła się w fascynację, szukał informacji o tym, jak wpływać na nocne mary. Chciał wiedzieć, czy istnieje sposób, by wykreować sen wedle własnego scenariusza (utworzonego w pełni świadomie) lub przynajmniej wrócić do tego, który został przerwany.
Wkrótce trafił na termin, który brzmiał obiecująco: Technika MILD. Jeden z napotkanych artykułów wyjaśniał, że kluczem nie jest magia, lecz „pamięć prospektywna” – ta sama, która pozwala pamiętać o zrobieniu zakupów w drodze z pracy. Edmund czytał z wypiekami na twarzy o konieczności stworzenia silnej intencji. Musiał zaprogramować swój umysł przed zaśnięciem. – Następnym razem, gdy będę śnił, będę pamiętał, żeby rozpoznać sen – szepnął, testując brzmienie tej mantry.
Metoda wymagała jednak czegoś więcej: wizualizacji. Edmund zamknął na chwilę oczy, próbując przywołać obraz kobiety i scenerię z poprzedniej nocy. Miał zamiar odtwarzać ten moment w głowie tak długo, aż stanie się on pomostem, po którym jego świadomość przejdzie prosto w objęcia snu. Tym samym dążył do tego, aby nie tylko wrócić do przerwanej sceny, ale by tym razem skonfrontować się z nią na własnych warunkach.
Trudno było zrozumieć cel mężczyzny. Czy to samotność go prowadziła do podjęcia tak radykalnych środków? A może to była prawdziwa miłość? W rzeczywistości na to pytanie nawet sam Edmund nie znał odpowiedzi. Zupełny chaos wykreowany w jego głowie stanowił główną barierę pojęcia prawdy.
Podczas dalszego zapoznawania się z informacjami na temat techniki MILD, nagle Edmunda dobiegł dość cichy dźwięk pukania w drzwi. Ktoś do mnie? - zapytał na głos. Zastanawiał się, kto miałby do niego sprawę o takiej porze w taki zwykły dzień. Pukanie nie ustawało (jakby pukającemu niezmiernie zależało na jakiejkolwiek reakcji po drugiej stronie drzwi). Edmund w lekkim przestrachu wszedł do przedsionka i wpatrywał się w lekko wibrujące pod wpływem uderzeń drzwi.
Po chwili mężczyzna wykrzyknął:
- Kto tam?
Jednakże nikt nie odpowiedział. Zaraz po jego pytaniu pukanie ustało. Wyglądało to tak, jakby ktoś się rozmyślił.
Edmund z zainteresowaniem podszedł i odkluczył drzwi. Następnie bardzo wolno zaczął je otwierać, spodziewając się czegoś strasznego - jakby za chwilę coś miało go zaatakować, tak aby w razie czego mógł szybko się obronić.
Za drzwiami nikogo nie było. Głośna cisza osaczyła uszy nasłuchującego mężczyzny. Niepewnie stanął w progu, aby upewnić się, czy nikogo nie ma w pobliżu, jednakże i tutaj nic go nie zaskoczyło. Wszystko sprawiało wrażenie, jakby działo się w głowie Edmunda. Nie wiedział już sam, czy to, co słyszał, to był prawdziwy dźwięk, czy jedynie wytwór jego wyobraźni.
Gdy tak stał i rozmyślał, po wąskim korytarzu rozniósł się sympatyczny głos jednego z sąsiadów Edmunda. Prawdopodobnie zauważył zamyślonego mężczyznę i postanowił wykorzystać okazję, aby się przywitać.
- Dzień dobry, panie Edmundzie.
- Dzień dobry - odparł wytrącony z równowagi mężczyzna.
- Co tak pan stoi na korytarzu? Coś się stało? Mysz pan widział?
- Nie, nie. Ja tak tylko… w sumie to chciałem wyjść na spacer i upewniałem się, czy wszystko wziąłem - skłamał Edmund.
- Aa. Rozumiem - i na chwilę zamilkł sąsiad. - Mam do pana pewną sprawę. Dobrze, że w sumie pana tutaj znalazłem. Słyszałem, że grywał pan w młodości na pianinie, to prawda?
Edmund na chwilę zastygł. Był dość zdziwiony niespodziewanym pytaniem pana Grzegorza (bo tak miał na imię).
- No grywałem - krótko odpowiedział Edmund.
- Nie wiem, czy może pan się orientuje, ale grywam co nieco w Klubie Szosa niedaleko Placu Traugutta. Niedawno nasz kochany pianista poważnie zachorował i próbujemy znaleźć kogoś na zastępstwo. Może byłby pan zainteresowany zastąpieniem naszego kolegi na kilka tygodni? Obiecuję dobrą wypłatę.
- Tyle że ja pracuję - chłodno stwierdził Edmund.
- Zdaję sobie sprawę - od razu zaczął uspokajać Grzegorz. - To byłyby pojedyncze sesje w piątki i soboty w godzinach wieczornych. Żadne wcześniejsze granie i żadne trzymanie pana do późna.
Edmund zaczął się zastanawiać. Nie był do końca pewny jednej rzeczy. Z ciekawości spojrzał dokładniej w twarz Grzegorza, próbując wyczytać z niej tę jedną rzecz, o której sąsiad nie chciał mu mówić, a która była kluczowa w kontekście tej całej rozmowy. Mimo wszystko dopytał:
- A skąd pan wie, że ja grywam?
Grzegorz chwilę milczał. Wyglądało to tak, jakby Edmund tym pytaniem unicestwił resztki optymizmu sąsiada, który ten niósł z niepewnym uśmiechem.
- Ja… ja tak się dowiedziałem. To znaczy w przeszłości słyszałem, że pan grywał. To znaczy… ja… jakby no… miałem okazję widzieć pana na jednym z koncertów w Sali Pięćsetlecia. Może pan pamięta? Nie no pewnie, że pan pamięta. Koncert na cześć Przyjaciół Narodu.
Edmund milczał. W dalszym ciągu czytał z zagubionych oczu Grzegorza, które błądziły po ścianach korytarza. Najwyraźniej wspomnienie to było dla niego stresujące. Możliwe, że nie chciał urazić tym rozmówcy. Edmund jedynie westchnął, a następnie krótko stwierdził:
- To prawda.
W Edmundzie nie tliła się złość na przeszłość. Z trudem przychodziło mu wspominanie czasów, które nieubłaganie minęły i zaginęły w teraźniejszości. Szczególnie pamięć o rodzicach budziła w nim ochotę zwinięcia się w kulkę i wyłączenia słuchu.
Odziedziczone po rodzicach mieszkanie było jedyną pamiątką, z którą umiał żyć. Resztę spalił albo upchnął głęboko w pudłach. Ich utrata była niczym pchnięcie nożem prosto w serce – i choć operacja ratowania życia się udała, pacjent nigdy nie wrócił do pełni sił.
Wpatrzeni w siebie sąsiedzi czekali, aż jeden z nich postawi kolejny krok. Chwila zamieniała się w wieczność, a milczenie przekształcało się w najgorszą formę, co drastycznie obniżało szansę na kontynuowanie wcześniej poruszonego tematu. W końcu jednak Grzegorz spróbował. Z jego ust wyłoniło się ciche:
- Przepraszam, że powiedziałem. Po prostu, gdyby był pan chętny, to proszę dać znać. Wie pan, gdzie mnie szukać.
I nie czekając na odpowiedź Edmunda, Grzegorz skierował się w głąb wąskiego korytarza. Powoli zaczął iść w stronę, z której przyszedł, aż nagle po ścianach odbiło się głuche echo głosu Edmunda: Zagram.
Grzegorz z ekscytacją podbiegł do mężczyzny i mu serdecznie podziękował.
- Kiedy pierwszy występ?
- W następnym tygodniu. W piątek o dwudziestej. Pasuje?
- No raczej tak. Lepszych planów nie mam.
- Idealnie - zakończył Grzegorz.
- A co będziemy grali?
- Salto sulla stella. Znasz to?
Edmund chwilę się zawahał. Jakby przez myśli przeszło mu wspomnienie, z którym dawno nie miał do czynienia.
- Znam - odparł krótko.
- No to pięknie. I tak, mimo wszystko, nuty przyniosę ci jutro z rana. Mógłbyś się oswoić na nowo.
- Dobrze - kiwnął głową Edmund.
Grzegorz z uśmiechem odszedł. Edmund zaś pozostał na miejscu, które wcześniej okupował i obserwował odchodzącego sąsiada.
Trudno jest wracać do tych czasów, które są dla nas ciężkie. Wielu z nas nie umie, jedni nie chcą, inni się boją. Wspólnym mianownikiem tych wszystkich stosunków jest blokada.
Z taką też blokadą mierzył się Edmund, póki Grzegorz nie wypowiedział tego pamiętnego zdania: Koncert na cześć Przyjaciół Narodu. Powrót do czasów dzieciństwa powinien być przecież taki prosty - w końcu jest to czas, gdy człowiek może się czuć wolny i tym samym nie jest świadomy okrucieństwa otaczającego go świata. W tym przypadku jednak powrót nie udawał się. Zamiast zahaczyć o jakiekolwiek miłe wspomnienie, Edmund od razu trafiał na zbiorowisko tych złych i, uwięziony w ich nierozerwalnych sidłach, próbował jak najszybciej uciec.
Co w takim razie stało za tymi koszmarami przeszłości? Co takiego się stało, że mężczyzna na wieść o Sali Pięćsetlecia stał zamurowany i nie umiał wydusić z siebie żadnego słowa, tylko popadł w kompletną zadumę?
Dwadzieścia lat wcześniej Edmund i jego rodzice byli stałymi bywalcami tamtejszej sali. Co tydzień lokalna władza organizowała różne wydarzenia kulturalne, aby ukulturalnić stłumione jednostki. Nie potrzeba było żadnego biletu, nie trzeba było rezerwować sobie dużo czasu. Były to około półgodzinne spotkania, podczas których wielu mieszkańców siadało przed sceną i z zainteresowaniem wsłuchiwało się w to, co z tej sceny wypływało. Raz były to piosenki ludowe, raz były to sztuki poświęcone bohaterom narodu, a raz były to zwykłe pokazy talentów. Władza miała na celu ukazanie, jak to młodzi ludzie są istotnym elementem społeczeństwa - tym samym chciała wydobyć z nich to, co mogła, aby, ewentualnie, przedstawić ich jako autorytety dla leniwego albo nierozsądnego przyszłego pokolenia.
Edmund był jedynakiem. Jego rodzice - którzy przeżyli terror tamtejszej wojny domowej, niszczącej system polityczny państwa - nie mieli już ochoty na kolejne dzieci. Ze spokojem wychowywali ugodowego chłopca, który wykazywał się dużym zainteresowaniem wobec sztuk pięknych. Tak też się potem stało, że rodzice zapisali Edmunda na lekcje pianina, a następnie sami (z zaoszczędzonych pieniędzy) kupili do domu średniej klasy instrument.
Chłopiec - jako że był fanatykiem muzyki tworzonej na klawiszach - codziennie siadał na godzinę/dwie przed pianinem i z lekkością wykrzesywał kolejne nuty, które jak szeroka rzeka spokojnie płynęły po przestrzeni niewielkiego mieszkania. Zarówno matka, jak i ojciec czuli wielką dumę (w końcu rósł im wielki talent). Jednak mało kto podzielał te artystyczne zapędy.
Niejednokrotnie dzwoniono do Państwa B., aby zwrócić uwagę na nieznośny hałas dobiegający z ich niewyciszonego mieszkania. Później dochodziły groźby wezwania policji, w tym konfiskaty instrumentu. Edmund próbował negocjować z rodzicami:
- A może damy już spokój. Przestanę grać. Po co mamy się męczyć?
Na co rodzice odpowiadali:
- Masz pełne prawo do samorealizacji. To jest nasze mieszkanie i możemy robić w nim, co chcemy.
Problem polegał na tym, że wciąż było to tylko mieszkanie w bloku wielorodzinnym. Nie było to zupełnie odizolowane miejsce, które dawałoby im tak wielką swobodę. To też powodowało, że konflikt narastał, a Edmund w tym wszystkim czuł coraz większą dezorientację.
Pewnego kwietniowego dnia ogłoszono kolejny nabór młodych talentów do lokalnego pokazu talentów. Zaciekawiony chłopiec postanowił zapytać się rodziców, czy mógłby wziąć w tym udział.
- Na pewno czujesz się na tyle gotowy, by wystąpić? Nikt ci nie każe - mówiła zaniepokojona matka.
Ojciec tylko słuchał i obojętnie przytakiwał głową.
- Pokażemy tym sąsiadom, że ta gra coś za sobą niesie. Że te nuty mają sens! - przekonywał Edmund.
- A jak my przetransportujemy to pianino na czas koncertu? - dopytywała matka.
- Mogę się zapytać przy rejestracji.
- Nie, no. Sam tam nie pójdziesz.
- Mamo, proszę - błagał chłopiec.
- Zastanowię się.
I tak ostatecznie doszło do tego, że Edmund się zapisał i został zakwalifikowany.
Następne dni spędził na intensywnej nauce. Z mieszkania znów wydobywały się rozmaite dźwięki. Nuty z różnych oktaw przebijały się przez cienkie ściany i przedostawały się do zmęczonych sąsiadów.
W końcu nadszedł ten dzień. Odbył się wspomniany pokaż talentów.
Scena była wyłącznie Edmunda. Widownia wpatrywała się, jakby z przymusu. Na środku drewnianej podłogi, która wznosiła się nad tą pokrytą szarym dywanem, stało wypożyczone pianino, a obok niego niewielkie krzesełko.
Wpierw wyszedł prowadzący, który bez emocji wprowadził zebranych w atmosferę wydarzenia. Jego słowa lepiły się w monotonną całość, która jednych przyprawiała o niekontrolowane ziewnięcia. Później - po przydługim wstępie - przyszła pora na zapowiedź młodego talentu:
- Drodzy zebrani, teraz na scenę poprosimy młodego i utalentowanego Edmunda B.
Po widowni rozniosły się nieszczere oklaski. Mało kogo interesował występ chłopca. Jedni byli z przymusu, inni dlatego, że nie mieli nic lepszego do roboty.
Na scenę wyszedł zestresowany Edmund. Z widowni wyrwał się krzyk:
- To ten smarkacz, co nam ciągle grywa w bloku!
Wtem uruchomiła się matka Edmunda, która w napadzie złości rzuciła:
- Jaka jędza to powiedziała? Jak śmiesz tak mówić o moim synu?!
I zapadła nieprzyjemna cisza. Najwyraźniej agresorka wycofała się i pozostawiła Edmundowi pole do popisu. Ten jednak nie czuł żadnej ulgi. Po czole poczęły mu płynąć kropelki irytującego potu. Czuł, że to z powodu garnituru, który musiał przyodziać na tę okazję, jednakże nie był w stanie wyjść na scenę w innym ubiorze.
W końcu siadł przed pianinem. Wyprostował dotąd zgięte ręce i potrząsnął obiema dłońmi, aby je rozluźnić. Spojrzał na rozłożone przed nim nuty i po sekundzie uderzył w pierwsze klawisze, które jak grzmoty burzy niespodziewanie rozniosły się po dotąd cichej sali.
Każda kolejna pięciolinia to było zbiorowisko różnych nut, różnych znaków - wszystko to łączyło się w spójną całość, która przybierała postać nieskazitelnej muzyki, będącej błogosławieństwem dla niezainteresowanych uszu. Widownia z uwagą podziwiała kolejne ruchy dłoni Edmunda, który, niczym w transie, maszerował palcami po klawiszach. Każdy ruch odznaczał się niepojętą perfekcją, która nadawała całokształtowi niezwykłości.
W końcu utwór dobiegł końca. Chłopiec wstał - jakby nic się nie stało - i zestresowany ukłonił się obserwującej go publiczności. Ta jednak milczała. Pochłonięci kompozycją i wykonaniem nie umieli wydobyć z siebie żadnych oklasków. W końcu ktoś pośród zebranych zaczął głośno klaskać, a to pociągnęło za sobą falę kolejnych oklasków, jakie nagrodziły zawstydzonego Edmunda.
Prowadzący podziękował chłopcu, a następnie z radością - przy zebranych - przekazał pewną propozycję:
- Edmundzie, jako że porwał nas twój występ, a szczególnie porwał organizatorów, to chcielibyśmy tobie złożyć ofertę nie do odrzucenia. Czy zechciałbyś zagrać dla nas na Koncercie na cześć Przyjaciół Narodu?
Edmunda zamurowało. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Czuł utkwiony w nim wzrok widowni, która z uwagą milczała i oczekiwała. Chłopiec obejrzał się i spojrzał na swoją mamę, a następnie na tatę, którzy stali za kurtyną i z radością kiwali głowami, dając mu znać, by się zgodził.
- Dobrze - wykrztusił Edmund, a salę ogarnęła euforia.
Kolejne dni były dla chłopca całkowitym odchyleniem od panującej dotąd normy. Gra na pianinie już nie była przekleństwem dla sąsiadów, a wręcz przeciwnie. Wielu witało się z rodzicami Edmunda, chwaliło jego grę, a nawet zapraszało do siebie na kawę. Było to na tyle dziwne, że Edmund nic nie zmienił w swojej grze - grane przez niego nuty dalej były takie same, a kompozycje nie różniły się specjalnie od tych poprzednich (należały do tego samego gatunku.
Wielkie Święto Przyjaciół Narodu zbliżało się dużymi krokami, a Edmund ćwiczył i się doskonalił. Nic nie wskazywało, że ćwiczenia pójdą na marne. Chłopiec gorączkowo rozpracowywał trudną kompozycję, datowaną na XVIII wiek.
Pewnego wieczoru do Edmunda przyszli jego rodzice. Przerwali mu w grze i z niepokojem spojrzeli w jego niewinną twarzyczkę, która za grosz nie miała w sobie żadnego strachu. Na pierwszy plan wyszedł trzymający się z boku ojciec, który powoli rozpoczął swój wywód:
- Edmundzie, mama i ja postanowiliśmy ci coś zaproponować, ale to nie są przelewki. Chodzi o to, że chcielibyśmy, byś zmienił repertuar. To znaczy my wiemy, że lokalni ci zasugerowali, byś zagrał tę starą pieśń i naprawdę cenimy to, jak ciężko nad nią pracujesz, ale potrzebujemy, byś nam pomógł.
Edmund jedynie patrzył i milczał. Jego oczy skakały między skupionym na wypowiedzi ojcem a smutną matką. Widać było, jakby z kobiety próbowały wypływać takie emocje, które dotąd trzymała głęboko zamknięte w piwnicy swojego serca. Dodatkowo łamało to chłopca a zarazem wytężało jego skupienie na słowach ojca.
- Musisz zagrać ten utwór - w tym momencie tata podał synowi kilkustronicowy zeszyt z zapisanymi nutami.
- A jak się to nazywa? - zapytał zainteresowany Edmund.
- Nie musisz wiedzieć. Wystarczy, że to zagrasz. Każdy z widowni zrozumie, co i jak. Tylko nikomu tego nie -zdradzaj. Trzymamy się oficjalnie tego, co dostałeś od lokalnych - i tutaj ojciec obdarował chłopca lekkim uśmiechem.
- No a te moje próby? Nikt się nie domyśli, że gram coś innego niż dotąd?
- Coś ty. Oni słyszą tylko dudnienie pianina. Nie da się powiedzieć, co wychodzi dokładnie z tego mieszkania. Tylko mieszkańcy tego domu znają prawdziwą melodię.
Edmund trochę spochmurniał, ale nie miał ochoty się kłócić z usatysfakcjonowanym ojcem. Ponownie zwrócił swój wzrok ku milczącej mamie, która dopiero po chwili ciszy dodała:
- Wiemy, że dasz radę.
I tak kolejne dni minęły Edmundowi na nauce nowego utworu. Był on w swojej strukturze bardzo prosty. Nie wymagał jakichkolwiek specjalnych zdolności. Wydawało mu się to na tyle podejrzane, że zaczął się bać.
W końcu nadszedł wyczekiwany dzień. Święto Przyjaciół Narodu było niezwykle wielkim wydarzeniem dla całego społeczeństwa i idealnym narzędziem propagandowym dla władzy. Na dwadzieścia cztery godziny zaplanowano tyle atrakcji, że niejedni poczuliby się, jakby czekał ich miesiąc nieprzerwanego świętowania. Ostatecznie koncert zaplanowano na godzinę dziewiętnastą w tej samej sali, w której odbył się pokaz talentów.
Do uszu Edmunda dotarły pewne plotki, jakoby miasto miał odwiedzić sam przywódca kraju wraz ze swoją gwardią. Było to na tyle trudne do wyobrażenia i zaakceptowania, że z początku chłopiec przemilczał temat. Później jednak atmosfera zagęszczała się. Wielu ludzi wykazywało nadmierną ekscytację, a władza starała się jak najbardziej uporządkować owładnięte świętowaniem ulice. Wielu nieprzychylnych mieszkańców (pod pretekstem awanturowania się) zostawało aresztowanych na dwadzieścia cztery godziny, co sprowadziło chaos. W taki sposób wytworzył się jedyny w swoim rodzaju kontrast, na który składali się świętujący obywatele wraz z protestującymi.
Około godziny dziewiętnastej w końcu umilkł chaos i większość ludzi zgromadziła się w przepełnionej Sali Pięćsetlecia. Ponownie na scenie zostało postawione pianino, na którym wcześniej grywał Edmund, a przy nim (tym razem) ładne krzesełko z siedzeniem ze skóry.
Edmund bardzo się stresował. Przez ostatnie dni słabo jadł, mało rozmawiał. Czuł, że coś wisi w powietrzu, ale nie rozumiał, co. Przed występem podeszła do niego równie zestresowana jak on matka. Objęła go wzrokiem, jakim tylko mamy mogą obejmować swoje dzieci. Uklękła przy nim i go przytuliła. Tkwili w bezruchu przez dobrą minutę, aż nagle z jej ust wypłynęło wymowne: Kocham cię i pamiętaj o tym. Później odeszła i usiadła na zarezerwowanym dla niej krześle wśród podekscytowanej widowni.
Z ojcem Edmundowi nie było dane się już zobaczyć. Lokalni zmusili go do pracy nad organizacją festynu, co skutkowało jego spóźnieniem i zagubieniem w ściśniętym tłumie oczekujących.
W końcu też stało się to, w co Edmund nie chciał uwierzyć. Przed sceną pojawił się wraz z gwardią sam przywódca, dla którego zarezerwowano pierwszy rząd. Po pojawieniu się gościa specjalnego zapanowała głucha cisza, która dobitnie wskazywała, że pora rozpocząć koncert.
Aby zapewnić przywódcy bezpieczeństwo, rozstawiono po całej sali kilkunastu policjantów z bronią w ręku, a jego samego otoczono przezroczystą ścianką, przez co wyglądał jak zwierzątko zamknięte w pudełku. Mimo wszystko przywódca nie wykazywał jakichkolwiek oznak wstydu lub poniżenia. Z uwagą przyglądał się pianinu, które, niczym Księżyc na ciemnym niebie, dominowało na tle czerwonej kurtyny z tandetnego materiału.
Pięć minut po dziewiętnastej na scenę wszedł prowadzący. Lekko pochylił głowę, dając zgromadzonym znak, że już pora zamilczeć, i, w przeciwieństwie do swojego poprzedniego występu, zaczął z wielką ekscytacją opowiadać o Święcie Przyjaciół Narodów i o zasługach wszechmocnego przywódcy. Każdy jak szalony bił brawo, a co poniektórzy byli na tyle odważni, by krzyczeć: Chwała naszemu wodzowi!
Po rozczulającym wstępie przyszła pora na występ Edmunda. Zapowiedź była krótka, ale wymowna. Prowadzący w jak najlepszy sposób opisał sylwetkę chłopca i jego talent. Potem pozwolił mu wejść na scenę, przywitać się z publicznością i siąść przed pianinem.
Na twarzy Edmunda malowała się nad wyraz dostrzegalna niepewność połączona ze strachem. Tak jak ostatnio, wyprostował swoje ręce i zatrząsł dłońmi. Spojrzał w widniejący przed nim zeszyt z nutami i zaraz potem wyjął z kieszeni spodni kilka pogniecionych kartek, które starannie wyprostował i oparł o zeszyt. Niektórzy zdziwieni zaczęli się po sobie rozglądać, a prowadzący (skryty za kotarą) próbował dojrzeć, co znajdowało się na papierze.
Niespodziewanie, a zarazem gwałtownie po sali rozprzestrzenił się dźwięk pianina. Edmund ze skupieniem i precyzją zaczął uderzać w kolejne klawisze. Całość łączyła się tym razem w prostą melodię - była to jednak taka melodia, która od razu pobudziła słuchających. Jedni zaczęli szeptać, drudzy (jak opętani) poczęli głośno krzyczeć. Wszystko w akompaniamencie skocznej muzyki, która (jak się okazało) była zakazanym utworem - utworem stworzonym w celu krytyki władzy. Ubóstwiający go dotąd mieszkańcy nagle zaczęli z wrogością odnosić się do przywódcy, jakby zostali wybudzeni z transu. Edmund przestał grać przerażony tym, co w piękny sposób rozgrywało się przed jego oczami.
Zaraz potem na scenę wbiegł wraz z prowadzącym policjant, który pociągnął chłopaka za rękę i wyprowadził za kurtynę.
- Co to za głupstwo!? Miałeś zagrać to, co ci daliśmy! - krzyczał rozgniewany prowadzący.
- Zdajesz sobie sprawę, młody, jaką awanturę zrobiłeś? Za to jest więzienie - powiedział sucho policjant.
- Przerażony Edmund szukał wzrokiem matki, która dotąd stała za kurtyną. Tej jednak tam już nie było.
- Rodzice ci kazali zagrać tę muzyczkę? - zapytał nieprzyjemnym głosem prowadzący.
- Nie, nie. Tylko nie rodzice - zaczął płakać Edmund.
- Kazali?! - krzyczał prowadzący.
- Nie! - odkrzyczał chłopiec.
- Oczywiście, że mu kazali. Jest za młody, by na to wpaść - słusznie stwierdził policjant. - Już się nimi zajęliśmy.
Edmunda zamurowało, a zaraz potem zaczął krzyczeć. Był to krzyk połączony z płaczem, który czynił z niego nieobliczalnego szaleńca. Chciał jak najszybciej uciec z sali. Potrzebował spojrzenia matki (chociaż tego ostatniego). Potrzebował również dotyku ojca (chociaż tego nic nieznaczącego). Szukał jakiejkolwiek znajomej twarzy, lecz coraz bardziej dochodził do wniosku, że został zupełnie sam.
Kwadrans po nieudanym koncercie w Sali Pięćsetlecia zapanowała cisza. Nikogo już tam nie było prócz martwego pianina i przewróconego krzesełka. Wszyscy wybiegli na ulice, a miasto ponownie zamieniło się w to samo, które było jedną z twarzy wojny domowej, jaka miała miejsce kilkanaście lat wcześniej.
Między budynkami roznosiły się krzyki buntowników, którzy szybko byli chwytani przez tutejszą policję i wrzucani do najbliższego komisariatu. Przywódca z gwardią tak szybko, jak się zjawił, szybko również uciekł - bez żadnych urazów, bez żadnego komentarza. Edmund uciekł do domu. Wiedział, że będą na niego polowali, ale póki prowadzący i policjant skupiali się na awanturniczej publiczności, ten wykorzystał okazję i ulotnił się z miejsca zdarzenia.
Siedząc w domu, zastanawiał się nad losem rodziców. Czuł bezsilność, która nie pozwalała mu czegokolwiek zrobić. Położył się na swoim łóżku, nie zdejmując brudnych butów i zaczął łkać. Łkanie trwało z dobrą godzinę - czas płynął nieubłaganie. Płacz tłumił gniew. W pewnym momencie Edmundowi chciało się krzyczeć, ale nie był w stanie. Łzy były silniejsze.
Resztę dnia spędził w zupełnej samotności - bez żadnych tłumaczeń, bez żadnego towarzystwa. Dopiero następnego dnia odwiedziła go jego ciotka, która mu oznajmiła, że rodzice zostali przetransportowani do obozu karnego w innej części kraju. Edmund już nie miał ochoty płakać (wszystko, co mógł z siebie wyrzucić, wyrzucił poprzedniego dnia). Spojrzał ze smutkiem (pod którym kryła się gruba warstwa gniewu spowodowanego niesprawiedliwością losu) i powiedział ciotce:
- Super.
I tak nastała teraźniejszość. A opisana teraźniejszość przeszła w przeszłość na rzecz nowej teraźniejszości. Dopiero po kilku miesiącach Edmund dowiedział się, że ojciec zmarł w wyniku nieleczonego zapalenia płuc, a matka uciekła za granicę i nie zostawiła po sobie żadnego kontaktu. Wtedy też spędził dużo czasu ze swoją ciocią, następnie dowiedział się o tym, że jest współwłaścicielem domu i tak dalej, i tak dalej. Świat nie mógł całkowicie upaść - musiał się w końcu odbudować, tylko że z ubytkami.
I dla jasności: cały proces powrotu do rzeczywistości po tragicznej utracie najbliższych nie był taki prosty, jak mogłoby wynikać z tych kilku poprzednich zdań. To były lata ciężkiej walki z bezsilnością, niekochającą ciotką, problemami prawnymi w kwestii domu i żałobą. Do pianina Edmund nie wrócił aż do tamtego momentu, gdy usłyszał od Grzegorza propozycję zagrania w Klubie Szosa. Po co jednak męczyć szczegółami czytelnika?
Silny ból głowy. Drgawki. Chyba miałem wtedy gorączkę. Spojrzałem przez okno i zrozumiałem, że jest środek dnia - przespałem ranek. Akurat to był dzień wolny, więc nie martwiłem się tym. Najwyraźniej potrzebowałem odpoczynku.
Przypomniałem sobie, że jutro miał odbyć się mój pierwszy koncert w Klubie Szosa. Szukałem jakiejś motywacji, by zabrać się za analizę nut, które otrzymałem od pana Grzegorza, ale nie miałem siły.
Noc minęła tak nijako. Ani razu nie pojawiła się jej twarz. Nie zobaczyłem jej zakrytego płaszczem ciała. Nie miałem sposobności wpatrzeć się w jej kasztanowe włosy. Tylko jakieś niezrozumiałe scenki: bieganie w kółko, szukanie czegoś. Czułem się jak kretyn (prawdopodobnie byłem kretynem).
Technika wpływania na sen nie działała, ale nie było to na razie dla mnie problemem. Domyśliłem się, że takie umiejętności są efektem ciężkiej i długiej pracy, a ja po kilku dniach oczekiwałem cudów. Dalej ćwiczyłem, ale bez konkretnego nastawienia. Wciąż pamiętałem jej mimikę i to mnie motywowało do walki.
W końcu nastał ten pamiętny dzień - ten piątek, kiedy w Klubie Szosa odbył się koncert, a ja siadłem przed pianinem jako zastępca pana Ryszarda. Plac Traugutta, przy którym mieścił się klub, nie mógł się pochwalić dobrą reputacją. Niejednokrotnie dochodziło tam do różnych bójek, policja musiała tam interweniować praktycznie w każdy weekend. Słyszałem nawet o potajemnym handlu narkotykami wśród otaczających plac zarośli, aczkolwiek była to tylko niepotwierdzona plotka.
Zbliżała się godzina dziewiętnasta. Jednostajny stukot mych oksfordów rozbrzmiewał po całym placu, który wydawał się wymarły. Zrogowaciały blask mężniejącego słońca dobijał się do mego ciała przez dziury w zaliściałych drzewach. W dłoni trzymałem papiery z nutami. Wędrowałem z nimi, ale, chwilami, nie byłem świadomy tego, że je noszę. Były jedynie dodatkiem. Zapamiętałem kompozycję. Chciałem, by te kartki były jedynie planem awaryjnym.
Dotarłem do klubu - niespocony, zamyślony. Otworzyłem drzwi i spojrzałem w głąb ciemnego korytarza, który prowadził do głównej sali. Zacząłem więc tam iść, spoglądając przy tym na puste ściany. Dopiero po chwili zaczęły do mnie dobiegać dźwięki strojonej gitary i saksofonu. Brzmiało to jak chaotyczna improwizacja, ale mimo wszystko miało to elementy rytmu, który wprawiał słuchającego w kołysanie.
W końcu pojawiłem się przed sceną. Na niej znajdowali się wspomniani gitarzysta i saksofonista, którzy z uśmiechem skinęli mi głowami. Zapytałem:
- Jest już może Pan Grzegorz?
- Oczywiście - odpowiedział natychmiastowo gitarzysta. - Siedzi za kulisami i pali. Stresuje się trochę, bo to w końcu pierwszy koncert bez Ryśka.
Machinalnie odwzajemniłem skinienie w ramach podziękowania i skierowałem się ku kulisom. Oddzielały je metalowe drzwi, na których widniał napis Tylko dla personelu. Z ciekawością wszedłem do środka, a moim oczom ukazało się niewielkie pomieszczenie, w którym panował syf. Porozrzucane kartki, długopis - wszystko leżało na ziemi, a nad nimi górował niepocieszony Pan Grzegorz, który w skupieniu dopalał resztkę papierosa.
- Szlag mnie jasny trafi - powiedział jak obłąkany.
Ja zaś tylko się w niego wpatrywałem. Prawdopodobnie nie zauważył mnie, jak wszedłem. Dopiero po chwili chrząknąłem, a on lekko się wzdrygnął:
- Pan Edmund! Dzięki Bogu, że pan jest.
- Co się stało? - zapytałem.
- A no to taki kryzys. Ja tak mam. Stresuję się.
- Brakiem poprzedniego pianisty? Jakby no… dam z siebie wszystko - powiedziałem niepewnie, by go pocieszyć.
- Nie tym, nie tym - rzucił, po czym zaciągnął się.
Chwilę milczeliśmy. Wciąż było słychać strojoną gitarę. Saksofon zamilkł.
- Cholerny właściciel znowu się upił i mi groził, że mnie wyrzuci na zbity pysk, jeśli koncert nie przyniesie dochodu. Ja już nie mam siły. Męczę się w tej k n a j p i e dobre pięć lat, a mu wszystko nie pasuje. Psia mać.
Milczałem. Słuchałem. Chciałem coś powiedzieć, ale nie wiedziałem, co. Widziałem, że potrzebował mojej odpowiedzi, lecz co mu mogłem zaoferować?
- Płakać mi się chce, bo to może być mój ostatni koncert… tutaj - lekko łamiącym się głosem wyrzucił Grzegorz.
Czułem jego ból. Chciałem go przytulić, ale wiedziałem, jakie to by było dziwne. Wciąż stałem kilka kroków od niego i obserwowałem jego panikę.
- Bo to nie jest tak, że ja nie będę miał się, gdzie podziać. Wiele klubów o mnie zabiegało. Jak, na przykład, ten Wichrowski to on do mnie z trzy razy rok temu dzwonił i się dopytywał, czy nie chciałbym u niego zagrać. A ja… ja jak ten kretyn mówiłem mu, że Szosa to mój dom i nie mogę. A teraz? Teraz właściciel chce mi zrobić z tego domu piekło. Bo cham się upija jak popaprany i drze się, że nie zarabiamy dla niego. Jakim cudem mamy dla niego zarabiać, jeśli taka kultura nie odpowiada każdemu? Przecież takiego rolnika mu tutaj nie przyprowadzę! To co? To moja wina, że rolnicy nie lubią jazzu? Moja wina, że jak graliśmy trzy miesiące temu reinterpretację Maiden Voyage Hancocka, to na sali siedziało tylko sześciu ludzi? Gdyby został do końca… gdyby widział te łzy utkwione w kącikach oczu, które błagały o ciąg dalszy. Ale on takich rzeczy nie widzi. Stary grzyb. Podły śmieć. Ha tfu.
I tak Pan Grzegorz zaczął płakać. Nie zwróciłem nawet uwagi, jak do pomieszczenia wszedł jeden z grających (ale nie gitarzysta ani saksofonista). Stał obok mnie i z podobnym bólem słuchał wywodu swojego mistrza.
Mimo wszystko, nie umiałem nic powiedzieć. Ostatecznie nie zdecydowałem się na żadne słowo wsparcia. Czułem, że zawiodłem sąsiada, ale tłumaczyłem to sobie byciem człowiekiem. Gdybym był świętym, a może i nawet bogiem, to bym mu wygłosił kazanie, jak to on jest wielki i że z pewnością powinien docenić tych, co tu przychodzą i nie przejmować się zdaniem właściciela. W sumie to bym nawet mu powiedział: Jak się znowu na ciebie rzuci, to ty mu rzuć instrumentem i odejdź. Na pewno ktoś inny się tobą zaopiekuje. Ale ja jestem tylko człowiekiem - w dodatku cichym.
Zasmucony nieznajomy podszedł do Grzegorza, depcząc przy tym martwe kartki. Położył dłoń na jego ramieniu, a ten spojrzał na niego ze łzami i nieśmiało pociągnął nosem. Wiedziałem, że ich obustronne milczenie było znacznie bardziej wymowne od mego. Zacząłem czuć się niepotrzebny w tej scenie. Pragnąłem opuścić to pomieszczenie, ale nie miałem ku temu żadnej okazji. Tak też stałem i obserwowałem - obserwowałem z twarzą wyrażającą współczucie i z sercem domagającym się reakcji.
- Pozwólcie, panowie, że pójdę do toalety się odświeżyć - ponownie łamiącym się głosem wydusił z siebie Pan Grzegorz.
Obaj kiwnęliśmy głowami i pozwoliliśmy mu odejść. Zostałem tylko ja i tajemniczy gracz.
- Pianista? - po chwili milczenia zapytał.
- Tak - odpowiedziałem z ulgą.
- Też kiedyś grywałem, ale nie miałem do tego palców. Został mi kontrabas - wskazał na umieszczony przy drzwiach futerał.
- Ja też kiedyś grywałem. Wróciłem, bo pan Grzegorz mnie poprosił.
- No tak. Ryśka złapała mocna choroba. Nie wiadomo, czy z tego wyjdzie.
- Jaki był ten Ryszard? - zapytałem z ciekawości, dla podtrzymania rozmowy.
- W wieku Grzesia. Nosił czarne okulary, na które nachodziła mu nierówno obcięta grzywka. Praktycznie zawsze ubierał się w brązowy garnitur, bo chciał zlać się kolorystycznie ze swoim pianinem.
- A z charakteru?
- Nie wiem. Nie miałem okazji z nim porozmawiać przez te ostatnie pięć lat. Zawsze jak już przychodziło do jakiejś wymiany zdań, to tylko w grupie. Nigdy nie zostaliśmy tylko we dwóch.
Byłem ciekawy tego Ryszarda, ale zarazem płynący czas uniemożliwiał mi dalszy wywiad. Musiałem w końcu przygotować swoje stanowisko i zapoznać się z resztą grających.
Podziękowałem kontrabasiście za chwilę rozmowy i udałem się na scenę, by zapoznać się z instrumentem. Moim oczom ukazał się niezwykły model klasycznego pianina marki SOMMERFELD. Nie był to jeden z tych lśniących, czarnych potworów, w których można się przeglądać. Ten instrument był zrobiony z dębu – solidnego, półmatowego drewna, które zamiast odbijać światła reflektorów, zdawało się je łapczywie pochłaniać, jakby wciąż było głodne uwagi.
Stał tu od dekad. Czułem to w zapachu starego wosku i kurzu, który przetrwał mimo niedawnego remontu. Renowacja przywróciła mu głos, ale na szczęście nie odebrała duszy. Na dębowej obudowie wciąż można było dostrzec cienie dawnych uderzeń, blizny po papierosach pozostawione przez muzyków, którzy grali tu, gdy jazz był jeszcze grzechem. Model Klasik – nazwa brzmiała dumnie, choć instrument wyglądał bardziej jak zmęczony życiem bywalec barów niż salonowy arystokrata. Położyłem dłoń na klapie. Drewno było ciepłe i szorstkie, jak uścisk dłoni starego przyjaciela.
Moment zachwytu przerwał mi głos saksofonisty.
- Kochany wariat - zagadnął.
- Och, aż czuć, jak na nim grano - odparłem w zadumie.
- Sztuka polegała na tym, że z tym pianinem nie obchodzono się jak z instrumentem, ale jak z człowiekiem. Każda nuta wydobyta z jego brzucha miała być emocją, jaką można było wyrazić pod wpływem danej historii. On miał mówić, miał być narratorem. Miał głosić, niczym Chrystus, swoje przypowieści zebranym, ale bez słów.
- Niesamowite - podsumowałem z zaciekawieniem.
- Dobrej gry - życzył mi saksofonista.
Podziękowałem mu ze szczerym uśmiechem, a następnie zacząłem dalej rozmyślać nad poezją tego legendarnego instrumentu.
W końcu na scenie zebrali się wszyscy grający, którzy w skupieniu przygotowywali się do występu. Pojawił się też Grzegorz, który trzymał trąbkę i stos kartek. Od razu do mnie podszedł - jakby czuł obowiązek - i w zupełnie innym tonie niż niedawno ujął moją dłoń i podziękował mi za przyjście. Na jego twarzy malowała się nadzieja. Było to, z pewnością, budujące dla takiego niewprawionego gracza jak ja, ale stres jednak nie odpuszczał.
Ręce trzęsły mi się niezmiernie. Pot spływał z zaczerwionego czoła. Nie mogłem z nikim nawiązać rozmowy, bo każdy był zajęty przygotowaniami. Czułem się jak niepasujący element jakiejś układanki.
W końcu doszło do tego, że na sali zjawili się pierwsi goście: stara arystokratka ubrana w czerwoną suknię sięgającą do podłogi, której prawe ramię zdobił niewielki pompon oraz jej zardzewiały mąż ubrany w niewyprany garnitur, ciągnący za rękę kilkuletniego syna. Zaraz po nich zaczęli przybywać kolejni, ale i tak nie dało się odczuć, by powstał tłok.
Zbliżała się dwudziesta. Zostało niecałe dziesięć minut. Postanowiliśmy udać się za kulisy, aby nie siedzieć niepotrzebnie na scenie. Wielu z grających wyjęło papierosy i zaczęło zaciągać się, aby pod wpływem wylatującego z ich ust dymu zamglić wystający kawałek strachu. Ja zaś stałem w napięciu i próbowałem opanować swoje lekko trzęsące się dłonie. W dodatku, nieświadomie, przygryzałem suche wargi.
Na całe szczęście, ostatecznie, wybiła ta nieszczęsna dwudziesta i w końcu mogliśmy zabrać się za występ. Zanim jednak to zrobiliśmy, każdy musiał na spokojnie znaleźć się przy swoim instrumencie i przygotować się do gry. Za start odpowiadał Pan Grzegorz, który ze stoickim spokojem obserwował zebranych i próbował wyczytywać poszczególne twarze. Każda fizjonomia kryjąca się w kilkudziesięcioosobowym tłumie wyrażała inne emocje i inne nastawienie wobec zbliżającego się koncertu. Przykładowo, wspomniana arystokratka sprawiała wrażenie niezainteresowanej koncertem, a bardziej skupionej na tym, jak poprowadzi późniejszą rozmowę ze znajomymi, aby pochwalić się, że udała się do klubu posłuchać solidnego jazzu. Oczywiście - wielu ludzi wykazywało szczerą ciekawość, choć i tak bardziej wymowny dla grającego jest zazwyczaj ten, kto nie poświęca mu uwagi, niż dziesięciu takich, którzy to robią.
Usiadłem przy pianinie Ryszarda. Lekko poprawiłem swoją pozycję, przesuwając drewniane krzesełko, na którym miałem siedzieć. Potem już tylko czekałem na sygnał od Grzegorza, który, mimo że wyglądał na gotowego, wciąż siedział nieruchomy i patrzył przed siebie. Dopiero po chwili odwrócił się w naszym kierunku i pokazał trzy palce, co miało oznaczać, że mogliśmy zaczynać. Z jego ust wypłynęło ciche: i raz, i dwa, i raz, dwa i trzy. Wtedy perkusista zdecydowanym ruchem uderzył pałeczką w talerz, a w klubie zapanowała surowa cisza. Wszyscy wpatrywali się w zespół, który stopniowo rozbrzmiewał na górującej scenie.
I tak zaczęliśmy grać. Stres okazał się być zupełnie niepotrzebny. Moje dłonie - niczym wyjęte z dzieciństwa - poczęły swobodnie poruszać się po kolejnych klawiszach pianina, wyłaniając soczyste dźwięki ubarwiające całokształt kompozycji. Zatraciłem się w utworze, ale zarazem byłem zupełnie pewny, co gram. Starałem się mówić za pomocą instrumentu. Tak jak mi mówił saksofonista: pianino SOMMERFELD przekształcało się w człowieka, który przy pomocy innych środków wyrazu przekazywał historię, którą napisano dla niego wieki temu.
Czułem spełnienie, którego dawno nie doświadczyłem. Miałem wrażenie, jakby praca przy laptopie stała się przeszłością - czymś, co już nie miało mnie nigdy opanować. Byłem znowu tym, którego słuchano. Rozmarzeni mężczyźni i kobiety wpatrywali się w moje precyzyjne kroki palców za każdym razem, gdy mi przychodziło grać ważniejszy moment,
Czułem też zżycie z zespołem. Wymienialiśmy się krótkimi spojrzeniami, które wyrażały znacznie więcej niż te mogące trwać godziny. Lekkie uśmiechy, załzawione oczy, podniesienie brwi - wszystko to było symbolem bliskości, którą obdarowywaliśmy siebie nawzajem.
W samej grze warto zaznaczyć, jak każdy umiejętnie obchodził się ze swoim instrumentem. Wyglądało to na tyle profesjonalnie, że nawet błędy muzyków mogły być potraktowane jako zamierzony akt lub, po prostu, niezauważone. Największe wrażenie zrobił na mnie Grzegorz, który w genialny sposób panował nad wdychanym powietrzem i przenosił je do wnętrza swojej trąbki - trąbki, która wyglądała na zabytek. Mimo jej wieku, dźwięk wypływający z roztrąbu wydawał się nieskazitelny. Na tyle byłem zachwycony grą sąsiada, że aż przeszło mi po głowie, by kupić sobie taką średniej klasy trąbkę i zapisać się do niego na zajęcia tylko po to, aby móc słuchać jak w pełnym opanowaniu tworzy sztukę.
Saksofonista również umiał genialnie rozpracować swój instrument. Niczym wirtuoz nie patrzył się na nuty, zamknął oczy i grał jak mu mówiła dusza. Towarzyszyło mu lekkie kołysanie ciała, dzięki czemu wyglądał, jakby gra była dla niego wyłączenie zabawą, a nie czymś poważnym. Wielokrotnie wymieniliśmy się spojrzeniami (siedział najbliżej mnie). Nawet, w środku koncertu, powiedział mi coś zza pianina, ale głośność perkusji uniemożliwiła mi zrozumienie jego słów - i tak nie było to istotne.
Każdy z nas czuł tę magię - kwitnący jazz ożywiał z początku sztywny tłum. Niektóre kobiety wstawały od stołu i lekko kołyszącym się ruchem oddawały się dobiegającej do nich muzyce. Wielu mężczyzn z uznaniem patrzyło na nasz profesjonalizm i uśmiechało się po każdym trudniejszym fragmencie. Praktycznie każda solówka kończyła się szczerymi oklaskami, które dodawały nam motywacji do dalszej gry.
Lecz nie była to wieczność - choć chciałem, by taką się stała. Zbliżało się wpół do dziesiątej, a my skończyliśmy występ. Z widowni popłynęły w naszym kierunku ożywione krzyki zachwyconych słuchaczy. Jedna kobieta rzuciła kwiatem - jakbyśmy w jej oczach dokonali czegoś przełomowego.
Ja - siedzący przez cały czas przy pianinie - obserwowałem. Każde oklaski były z reguły kierowane do poszczególnych muzyków. Najwięcej takich oklasków otrzymał Grzegorz, który skromnie dziękował zebranym i obiecał im, że za tydzień odbędzie się kolejny koncert, ale tym razem w bardziej melancholijnym stylu (ku czci jakiegoś amerykańskiego saksofonisty, ale nie zapamiętałem nazwiska).
W końcu wszyscy wyszliśmy na środek sceny, pozostawiając swoje narzędzia oparte o siebie lub w tej samej pozycji, co wcześniej, i wspólnie ukłoniliśmy się wiwatującemu tłumowi. Uśmiechnięty wpatrywałem się w każdą twarz, pokazując swoje podziękowanie za wysłuchanie mojej gry.
Wtem, jakby pod wpływem chwili, wzdrygnąłem się. Wytężyłem wzrok i spojrzałem w kąt sali. Tam znajdował się niewielki stoliczek, przy którym siedziała młoda kobieta. Była sama. Podniosła się z miejsca i ze spokojem oklaskiwała zespół Grzegorza. Mimo wszystko coś było w niej charakterystycznego.
Wyglądając jak palant, przyjrzałem się jej dokładnie. Nagle zamarłem. Czyżby to była ona? - powiedziałem sobie w głowie. To są dokładnie te same rysy. To jest dokładnie to samo spojrzenie. To jest d o k ł a d n i e ona. Nieoczekiwanie moją głowę obległ obraz, na którym widniałem ja i ona pod pomnikiem anioła.
Nie mogłem się ruszyć. Chciałem się ruszyć, ale nie byłem w stanie. Zespół zaczął iść za kulisy, a ja zamarłem w bezruchu i patrzyłem. Ona również na mnie spojrzała. Nie wyglądała jednak, jakby mnie rozpoznała. Natychmiast chciałem dostać się do niej - powiedzieć jej o wszystkim. Zrobić z siebie idiotę. Upokorzyć się. Nawet gdyby miała wezwać policję. Nie mogłem jej zostawić - nie mogłem jej stracić.
Zignorowałem drogę za kulisy i skierowałem kroki ku niej. Tłum gęstniał z każdą sekundą, odcinając mnie od celu. Sala była zbyt mała, by pomieścić ten chaos, a ja musiałem walczyć o każdy metr. Przez chwilę widziałem tylko jej włosy, migoczące gdzieś na drugim końcu pomieszczenia.
Dostrzegłem moment, w którym zakładała beżowy płaszcz. Poprawiła fryzurę z rozmarzeniem, jakby świat wokół nie istniał, po czym ruszyła do wyjścia. Zdesperowany, zacząłem przepychać się przez ścianę pleców i ramion. Nie było czasu na uprzejmości – rzucałem szybkie „przepraszam”, zderzając się z oburzonymi ludźmi. Ich pretensje i złorzeczenia odbijały się ode mnie bez echa; liczyła się tylko ona.
Gdy wreszcie wyplątałem się z tłumu i dopadłem drzwi, serce waliło mi jak młot. Wzrokiem szukałem beżu pośród szarości ulicy. Bałem się pomyłki, ale czułem, że ta sylwetka wypalona w moich snach jest nie do podrobienia.
Jest. Wychodziła właśnie na chodnik, narzucając szybkie tempo, jakby uciekała przed nadchodzącym deszczem. Zerwałem się do biegu. Garnitur napinał się na plecach, dławiąc swobodę ruchów i sprawiając, że wyglądałem, jakbym urwał się z planu niemej komedii, goniąc uciekający pociąg.
Wciąż jednak nie umiałem jej dogonić. A to znowu trafiłem na tłum, a to zatrzymały mnie światła - mimo takiej bliskości, czułem, jak jestem daleko. Potrzebowałem w końcu uwolnić się z tego stanu, ale już było za późno. Nagle jej głowa znikła z pola widzenia. Zacząłem się zastanawiać, jak do tego mogło dojść. Znajdowałem się dobry kilometr od klubu, a i tak nie udało mi się osiągnąć celu.
Potrzebowałem jakiś informacji, ale potrzebowałem też czasu, żeby ochłonąć. Zdjąłem marynarkę, usiadłem na lekko wilgotnej ławce. Spojrzałem przed siebie i zacząłem rozmyślać. Już od tak dawna nie czułem takiego bólu - ale nie bólu w klatce piersiowej z powodu braku kondycji, tylko bólu istnienia. W głowie rodziła się ciemność, która z prędkością światła owładnęła moim obrazem. Atak negatywnych myśli był natychmiastowy i obezwładniający - zdałem sobie sprawę, jak bardzo byłem bezradny.
W końcu wstałem. Rozejrzałem się na lewo i prawo. Próbowałem sobie powiedzieć: Może to był znak. Może to nie była ona. Ale dobrze wiedziałem, że to mogła być ona i moja jedyna szansa przepadła. Wtedy też zacząłem wierzyć, że w następnym tygodniu zobaczę ją przy stoliczku w kącie sali, gdy będę grywał na pianinie Ryszarda, a pan Grzegorz będzie majestatycznie naciskał wentyle swojej zabytkowej trąbki.
Zrezygnowany wróciłem do mieszkania, gdzie zastała mnie nieunikniona pustka. Pierwsze, na co spojrzałem, to na czekające na mnie łóżko, po którego powierzchni pląsały niewidzialne płatki kurzu. Ciężko wzdychając, zdjąłem buty i marynarkę, a następnie położyłem się i zacząłem wpatrywać się w nieskończoność bieli rozlanej na wiszącym suficie. Ilu to poetów poświęcało się w swojej twórczości sufitom - tyle tekstów, a każdy umiał inaczej zinterpretować patrzący kawałek tynku. Jedni widzieli na nim to, co szeptała im wyobraźnia, drudzy umieli z niego wyczytać smutną przyszłość. Dla jednych był to portal do alternatywnej rzeczywistości, a dla innych zwyczajny powód do płaczu. Ja starałem się w tym wszystkim być neutralny. Z uwagą obserwowałem tę biel, ale nie pozwalałem sobie odczuwać jakichkolwiek emocji. We wnętrzu tliła się złość i chęć zapadnięcia się pod ziemię, po tym, co się stało, ale nie chciałem tego uwalniać - może to z powodu zmęczenia.
Pogrążony w takich rozmyślaniach, po jakimś czasie usłyszałem niepewne pukanie do moich drzwi. Zdziwiony wstałem i poszedłem otworzyć. Do mieszkania wpadł pan Grzegorz, który przejęty zaczął od razu mówić:
- Sąsiedzie! Gdzie się pan podział?! Chcieliśmy urządzić imprezę, poczęstować dobrym alkoholem! Ten koncert to był sukces! Nawet właściciela urzekł, bo okazało się, że słyszał co nieco, jak graliśmy. Jak mi powiedział, nachlany: To było piękniejsze niż wszystko, co dotąd graliście. Specjalnie urzekł mnie ten młody pianista. Rozumiesz ty to? Zyskałeś w jego oczach! Chcę ciebie jeszcze zobaczyć! Musisz przyjść w następnym tygodniu, proszę!
- Przyjdę - odpowiedziałem. Starałem się, aby na mojej twarzy pojawił się choć leciutki uśmiech. Miło było widzieć kogoś w takiej euforii, jednakże fakt, że moje poszukiwania się nie powiodły, nie pozwalał mi się ucieszyć.
- Coś się stało? Widzę, że taki pan nieuradowany…
- Nie, nie. To znaczy, no, źle się poczułem.
- Ale już lepiej?
- Staram się.
- Niech pan odpoczywa… zasłużył pan. Pańska gra na pianinie była niezwykła. Ryszard z pewnością by zazdrościł, choć on sam też jest wirtuozem.
- Ech, dziękuję - odpowiedziałem zawstydzony.
- Wie pan, co jest niezwykłego w tej pańskiej grze? W tym co nam pan zaprezentował?
- Tak szczerze? Nie wiem.
- To, że pan zmierzył się ze swoim największym strachem. To pianino krzyczało, błagało o litość, a pan prowadził po nim te palce jak mistrz i kat w jednym. Tyle lat przerwy, a tutaj takie zaskoczenie, taka sztuka.
W tym momencie z mojej twarzy spadły resztki uśmiechu. Słowa Grzegorza jakoś mnie zabolały - widziałem, że był lekko podpity, ale jednak czułem, że na trzeźwo też by mi mógł coś takiego powiedzieć. W końcu uświadomiłem sobie, że dotąd nieświadomie mierzyłem się z moją przeszłością. Tak jak on wspominał: to przez pianino moje życie uległo drastycznej zmianie; to przez pianino straciłem rodziców. A teraz grałem na nim tak, jakbym się mścił. Te oklaski, te uśmiechy - to nie były żadne wyrazy uznania dla mojej gry, to były brawa, że pokonałem wroga. Czemu jednak nie podchodziłem do tej sprawy w taki sposób od początku? Czemu teraz pan Grzegorz mi to musiał uświadomić? Czyżby to zaślepienie tą kobietą?
Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, ale przeprosiłem pana Grzegorza i wytłumaczyłem, że z powodu złego samopoczucia muszę się ponownie położyć. Tak naprawdę potrzebowałem samotności - potrzebowałem zatopić swoje własne myśli w bezkresie rozważań nad nieuchronnością porażki, jaka galopowała ku mojej egzystencji.
Życie jest ciężkie i durne. A jeszcze bardziej durne są te sny, w które się wierzy, które się interpretuje i próbuje się z nich wycisnąć, ile się da, mimo że są jedynie wizualizacją. Przecież to nie jest piękny poemat, w którym można wróżyć ze snów i przewidzieć własne losy. To nie jest fikcja. To jest rzeczywistość - zimna, podła rzeczywistość utkana z szarej wełny i tyle.
W końcu około drugiej w nocy udało mi się zasnąć. Była to ciężka noc, przepełniona niewyraźnymi projekcjami, które zmuszały mnie do otwierania oczu. Po każdym takim przebudzeniu miałem nadzieję, że może następny sen będzie tym, w którym pojawi się ona, ale ostatecznie do czegoś takiego nie doszło. Śniły mi się nieproporcjonalne względem siebie figury, które plątały się po przestrzeni i czegoś szukały. Śniły mi się też bezkształtne zwierzęta, które wędrowały w stadzie. Pamiętam również sen o trzęsieniu ziemi: młode sylwetki nie mogły ustać z powodu drgań i przewracały się. W tym śnie kryła się jednak o wiele większa katastrofa. W tle karykaturalnych upadków niemyślących ludzi pojawiało się realne zagrożenie w postaci wielkich dziur, do których wpadały domy. I gdy tak się przebudziłem po tym koszmarze, to pomyślałem sobie, jak szybko można stracić coś, co budowało się latami. Te domy - pozorne azyle - zapadały się pod ziemię szybciej niż ci ludzie. Oni mogli cokolwiek zrobić, bo umieli się ruszać, chociaż nie byli na tyle inteligentni, by się w jakikolwiek sposób uchronić przed śmiercią. Domy zaś były nieruchome, a wręcz martwe. Wolały o pomoc, ale nikt nie umiał zdołać je zrozumieć, bo nie posiadały strun głosowych. I tak jakoś poruszyło mnie to.
Wiele w swoim życiu śniłem koszmarów, ale ten wydawał mi się być tym jednym z najgorszych.
Minął tydzień. Nastał kolejny piątek. Koncert był ponownie zaplanowany na dwudziestą. Potrzebowałem się orzeźwić - wyszedłem z mieszkania i przeszedłem się do kawiarni EOTY, gdzie od dawna mnie nie było.
W tamtejszej kawiarni miałem zwyczaj spędzać szare i kolorowe popołudnia. Wracając z liceum, często tam wstępowałem, bo uwielbiałem uśmiech wysokiego kelnera, który (przyzwyczajony do moich odwiedzin) witał mnie i proponował mi coraz to nowe smaki herbat. Ja - cichy, ale niezniechęcony - dziękowałem, a potem siadałem przy dwuosobowym stoliczku obok lekko brudnego okna i wpatrywałem się w malowniczy krajobraz zepsutego miasteczka.
W tym wszystkim była pewna swoista poezja. Te ciche siorbania herbaty, ten spokojny jazz odbijający się od ścian lokalu, te niezrozumiałe rozmowy klientów siedzących kilka stolików dalej, to poczucie pozornego spokoju - wszystko było przedstawieniem, a ja jedynie statystą, który miał stanowić element tłumu.
Gdy wszedłem do lokalu, moim oczom ukazał się nowy wystrój i nowi pracownicy. Nie powitano mnie tym samym uśmiechem ani pytaniem o herbatę. Kelnerka spojrzała na mnie w możliwie najbardziej obojętny sposób i wróciła do swoich czynności.
Usiadłem przy moim stoliku, który akurat nie był przez nikogo okupowany. Rozejrzałem się wokół siebie: inny kolor ścian, inne lampy, inne dekoracje, inne nakrycie stołów - coś mnie zniechęcało w tym wszystkim. Brakowało mi przeszłości, choć czułem, że wracanie do tejże trudnej przeszłości z powodu głupiej kawiarnii byłoby zupełnym idiotyzmem.
W końcu podeszła do mnie kelnerka. Z wymuszonym uśmiechem zapytała, co podać. Ja odwzajemniłem sztuczny grymas i zapytałem się o jedną ze swoich ulubionych herbat.
- Nie mamy już tego smaku.
Ale ten smak był w tej kawiarni od samego początku? Jak to go nie macie? - myślałem sobie w ułamkach biegnących sekund.
- To poproszę zwykłą kawę - odpowiedziałem.
- No ale jaką? Czarną? Białą? - dopytała lekko zniecierpliwiona kelnerka.
- Białą.
I odeszła. Odeszła, zostawiając mi niedosyt. Z uwagą wpatrywałem się w jej oddalające się plecy, z których wyczytałem zmęczenie. Zaraz potem wróciłem do obserwacji kawiarni i zacząłem czuć się nieswojo. Każdy kolejny ruch oczu w innym kierunku coraz bardziej utwierdzał mnie w tym, że kawiarnia EOTY już od dawna nie była sobą. Zdeformowana, przekształcona, zrekonstruowana - stanowiła jedynie cień samej siebie.
Gdy otrzymałem kawę, to szybko zabrałem się za jej konsumpcję, a potem uciekłem z lokalu. Wychodząc, nie powiedziałem do widzenia, choć mogłem. Zamiast opuścić to miejsce z kulturą, postanowiłem zbuntować się; wstawić się za swoją dawną przyjaciółką, którą zmienili nie do poznania. Tym brakiem słów chciałem pokazać swoją złość, a wręcz swoją nienawiść. Czemu mi to odebraliście? Moje? - Płakałem w głębi duszy jak dziecko, a na twarzy dalej starałem się malować obojętny wyraz.
Około dziewiętnastej pojawiłem się w klubie. Tym razem w głównej sali powitał mnie pan Grzegorz, który ze spokojem rozkładał splątane kable.
- Pan Edmund! Dziękuję za przyjście. Pewnie ma pan już przygotowane palce.
- Starałem się jak mogłem - szczerze odpowiedziałem, zostawiając pole na komentarz sąsiada. Ten jednak kiwnął głową i wrócił do dalszej pracy.
Udałem się za kulisy, gdzie powiesiłem swoją marynarkę (było mi trochę za ciepło). Wyjąłem z kieszeni zgniecione kartki papieru, na których widniały nuty i powoli udałem się na scenę, by przygotować pianino.
- Pięknie pan ostatnio zagrał. - Lekko się wzdrygnąłem. Obróciłem się, a za mną stał saksofonista, który z uśmiechem wystawił do mnie rękę.
- Och, dziękuję.
- Szkoda, że tak szybko pan odszedł. Właściciel był pod wrażeniem występu. Chciał z panem osobiście porozmawiać.
- Właśnie pan Grzegorz mi mówił, ale źle się czułem i dlatego poszedłem.
- Nie było to po panu widać - dodał tajemniczo saksofonista. Na chwilę z jego twarzy zszedł ten stale utrzymujący się, szczery uśmiech. Zaraz potem jednak wrócił (jakby nic się nie stało). - Jak nastawianie na dzisiaj?
- Neutralne - odparłem krótko.
- Nie lubi się pan jakoś nastawiać na takie występy? Na pewno musi pan coś odczuwać! Radość? Stres? No cokolwiek!
- No to uznajmy, że stres.
- A to taki był przykład. Zresztą, stres to będzie czuł każdy i wszędzie. Musi być coś w pana wnętrzu, co się tli i tli i nie może dać panu spokoju.
- No dobra, to jest taka jedna rzecz - zacząłem niechętnie.
- Tak?
- Bezradność - ponownie odpowiedziałem krótko, ale zarazem tajemniczo.
Saksofonista utkwił we mnie wzrok i próbował mnie przyszpilić do miejsca. Jego brązowe oczy domagały się jakiegokolwiek wyjaśnienia, ale usta milczały. Dopiero po chwili wyrzucił:
- No jak mówiłem, każdy coś musi odczuwać.
I rozeszliśmy się - w niedopowiedzeniu. Udałem się na scenę. Uszykowałem swoje stanowisko. Na scenie dalej stacjonował pan Grzegorz, który (jakby w transie) majstrował przy swojej trąbką. Zaraz potem pojawił się perkusista, który zajął się sprawdzeniem stanu bębnów. Ciekawie było słyszeć, jak gra nieczysto - jak wywoływane pałeczkami dźwięki nie budują czegoś rytmicznego. Przez chwilę usiadłem na krzesełku i próbowałem odnaleźć coś wyjątkowego w tym jego przypadkowym uderzaniu.
Wtem szczęk otwieranych drzwi przebił się przez gwar. Do klubu zaczęli wchodzić zaciekawieni widzowie. Spojrzałem, czy w niewielkim tłumie nie pojawiła się kobieta, dla której tak naprawdę przyszedłem, ale jej nie było. Grzegorz spokojnie poprosił nas, byśmy udali się za kulisy, bo zaczynało się robić coraz tłoczniej i głośniej. Do tej chwili wciąż miałem nadzieję, że może ujrzę jej twarz w przedpremierowym wydaniu, ale los mnie zawiódł. Czas nieubłaganie płynął, a dwudziesta była znacznie bliżej niż mi się wydawało.
W końcu wybiła ta godzina. Wszyscy, którzy jeszcze palili resztki papierosów, pewnym krokiem ruszyli w stronę sceny, wyrzucając niedopałki i razem z pozostałymi udali się na scenę. Tego dnia mieliśmy zagrać coś spokojniejszego - bardziej melancholijnego. Goście byli ubrani w stonowane barwy, co dodawało wszystkiemu wyjątkowej atmosfery.
Wśród tłumu ponownie dojrzałem arystokratkę, która tym razem była w czarnej sukni i siedziała w drugim rzędzie ze swoją przyjaciółką. Ochoczo komentowały każdy kolejny akt naszego występu. Trudno jednak było stwierdzić, czy robiły to, aby zyskać uznanie wśród innych słuchających, czy naprawdę były pod takim wrażeniem.
Miałem też mniej do grania - cały występ skupiał się w głównej mierze na saksofonie i trąbce. To ich obecność była tą priorytetową, ponieważ nieustannie budowały kolejne rozdziały historii. Nawet perkusja była jedynie tłem do opisywanych przez dźwięki wydarzeń. Wolne, ale konkretne uderzenia w talerz ride były swoistym wyrazem buntu i bezsilności wobec dominacji instrumentów dętych.
Moje palce ponownie prowadziły się po białych i czarnych klawiszach pianina. Wzrok ślizgał się po nutach, ale palce same znały drogę. Nie musiałem myśleć – muzyka płynęła przeze mnie instynktownie. Nie musiałem zbytnio schylać głowy - klawiaturę miałem opanowaną do perfekcji, więc jeżeli zdarzyło mi się to zrobić, to tylko i wyłącznie z nadmiaru pewności siebie.
Tym razem, na moje nieszczęście, widownia była prawie pełna. Z pozycji siedzącej trudno mi było dojrzeć, kto siedział na końcu sali. Wciąż wędrowałem oczami po pierwszych rzędach stolików, mając zgubną nadzieję, że dojrzę tam fragment jej włosów. Później już odpuściłem sobie. Oddałem się w stu procentach magii naszej gry, a w szczególności ponownej sztuce gry na trąbce, którą prezentował rozmarzony Grzegorz.
Gdzieś w tym wszystkim ogarnęła mnie ciekawość, czy wśród widowni znajduje się właściciel klubu. Interesował mnie jego wygląd, a szczególnie mimika - czy twarz pokrywały czerwone od pijaństwa plamy, a może był zupełnie czysty, co sprawiałoby mylne wrażenie, że jest ułożonym człowiekiem. W tamtym czasie wciąż rozpamiętywałem kryzys sąsiada, który zachowywał się tak, jakby klub oblegała pustka, a jedynymi obserwatorami występów były zagubione błądzące po świecie dusze. Czyżbym był tym, który doprowadził do reaktywacji Szosy? - niejednokrotnie zastanawiałem się nad tym w tygodniu, przygotowując się do drugiego występu.
W tamtym momencie jednak miałem na głowie inną sprawę. Po zakończeniu gry wszyscy wstaliśmy i podeszliśmy na środek sceny, aby się ukłonić. Z uwagą spojrzałem w dobrze zapamiętany kąt sali i aż się zatrząsłem. To była znowu ona - taka sama, jaką ją zapamiętałem, ale tym razem w granatowej sukni i ze srebrnym łańcuszkiem założonym na szyi.
Powiedziałem sobie w głowie, że tym razem nie przegram; mimo wszystko znajdę ją i wyznam jej, co się działo ze mną przez ostatnie dni. Czułem, że było to dla mnie swoiste wybawienie, ale zaraz potem zaczęły mnie gnębić pewne obawy: Chłopie, przecież ty się zachowujesz jak jakiś psychol. Ona cię w ogóle nie zna. Nie możesz ot tak do niej podejść.
I była to racja. Zrozumiałem, że druga strona mnie nie przekonywała mnie, by mnie zniechęcić, tylko żeby uratować od tragedii. Zrozumiałem też, jakie to wszystko było absurdalne: zamiast cieszyć się z udanego występu, zagłębiać się w ciekawe dyskusje z saksofonistą i pić z panem Grzegorzem, to wolałem uciekać do świata, który istnieje wyłącznie w mojej głowie.
To była chwila. To były czyste sekundy. Z uwagą dalej obserwowałem jej fizjonomię, ale coraz bardziej traciłem ochotę, by do niej podejść. Wiedziałem, że nie mogę podejść - zyskiwałem trzeźwość, tykał kac. Wszyscy ukłoniliśmy się i podziękowaliśmy zebranym. Wielu ludzi zaczęło się zbierać do wyjścia (tak jak ostatnio), a ja, tym razem, zostałem z grupą i udałem się za kulisy.
Siedzieliśmy tam chwilę. Musieliśmy zaraz wrócić i zabrać się za sprzątanie swoich stanowisk. Sam nic nie miałem do roboty, jeśli chodzi o pianino, więc zadeklarowałem pomoc pozostałym w zwijaniu kabli. Niektórzy znowu powyciągali papierosy i z ulgą palili, jakby nie robili tego od kilku dobrych dni. Ja tylko stałem i czekałem. Myślami uciekłem do mojej decyzji o odpuszczeniu tej niewinnej kobiecie i tak plątałem się między różnymi scenariuszami na zasadzie: Co by się stało, gdyby…
Nagle w drzwiach pojawił się pewien niski mężczyzna. Na głowie miał założony czarny kapelusz, pod okiem miał pozostałości siniaka. W lewej dłoni trzymał jakiś plik dokumentów, a w prawej klucze. Pojawił się niespodziewanie - musiał stać od kilku minut.
Z uśmiechem przywitał się z zespołem, a wtedy pan Grzegorz (jakby pod wpływem jego głosu) z zamyślonego palacza przemienił się w uradowanego g i e r m k a. Podbiegł do mężczyzny, uścisnął jego dłoń, w której ten trzymał klucze i od razu mnie zawołał:
- Edmundzie! To jest pan właściciel.
Lekko się zestresowałem. Niepewnie podszedłem do jego marnej sylwetki i spojrzałem mu prosto w ciemne (zagubione) oczy. Na jego twarzy malowała się swego rodzaju duma, ale była dość niewyraźna pod wpływem widocznych obrażeń skóry.
- To jest ten pianista! - wykrzyknął właściciel i podał mi rękę. Ja jedyne, co mogłem zrobić, to ją uścisnąć i skinąć głową.
- Ależ tak! Świetnie się sprawuje. Ryszard byłby dumny - podsumował Grzegorz.
- No domyślam się. Chciałem z Panem porozmawiać już tydzień temu - zwrócił się do mnie właściciel.
- Źle się czułem - odpowiedziałem.
- Nie szkodzi. Dobrze, że już wszystko w porządku.
Na chwilę zapanowała niezręczna cisza - rodzaj ciszy, której nienawidzę. Patrzyliśmy sobie w twarze. Nikogo prócz nas już tutaj nie było - każdy udał się na scenę sprzątać. To też potęgowało ten dyskomfort, którego nie mogłem znieść. Chciałem coś z siebie wyrzucić, ale nie byłem w stanie. Czułem się, jakbym stał przed jakąś niezwykłą osobistością, a przecież to był zwykły właściciel klubu. W dodatku to jemu zależało na rozmowie ze mną, a nie mnie, więc tym bardziej nie wiedziałem, jak się rozegra dalsza część rozmowy.
W końcu pan Grzegorz zainterweniował:
- Zdaję Pan sobie sprawę, że ten człowiek grał dla samego Przywódcy?
- Naprawdę? - skierował ku mnie wzrok właściciel.
- Tak, ale to było lata temu i w innym miasteczku.
- Dobrze, że nie żyje - parsknął właściciel i rzucił wymowne spojrzenie Grzegorzowi.
Potem już tylko właściciel rozmawiał z Grzegorzem. Ja byłem jedynie słuchaczem, ale wystarczyło mi to. Fascynowało mnie to, że mogłem być częścią interesującego dialogu dwóch tak różniących się od siebie ludzi: Pana Grzegorza jako wierzącego w przyszłość wirtuoza trąbki i zniszczonego przez życie właściciela niezbyt dobrze prosperującego klubu jazzowego.
W końcu właściciel pożegnał się z nami, tłumacząc, że ma do załatwienia kilka spraw, po czym udał się do wyjścia. Ja już zostałem tylko ze swoim sąsiadem. Usiedliśmy na krzesłach (zapominając o tym, że trzeba pomóc reszcie sprzątać scenę) i zaczęliśmy tonąć w niezmierzającej ku czemukolwiek rozmowie. Z początku prowadził ją Grzegorz, ale było to na tyle nieudolne z jego strony, że w końcu przejąłem ster i spróbowałem się go zapytać o jego relację z trąbką oraz publicznością:
- Gram tutaj od naprawdę długiego czasu (jak na mnie) i nie zamieniłbym tego na nic innego. Proponują mi różne, bardziej dostojne, kluby, ale czuję, że nie odnalazłbym się tam. Jestem zwykłym trębaczem, a nie jakimś celebrytą, by grywać dla tak ważnych osobistości.
- No jak pan tak może mówić - przerwałem mu. - Przecież to, co pan robi z tą trąbką, to istna poezja. Dawno tak się nie zachwycałem grą na tak prostym instrumencie.
- Myśli pan, że to takie proste? - zapytał.
- Z pewnością prostsze od pianina - odparłem nieśmiało.
- I tu się pan myli. Każdy instrument kryje w sobie trudność i to taką trudność, której niedoświadczony człowiek nie podoła. Gdybym dał panu teraz tę swoją trąbkę, to założę się o szklankę piwa, że na pewno nic by pan z niej nie wydobył. Z każdym instrumentem tak jest.
- A dlaczego akurat trąbka?
- Dostałem na święta od dziadka, gdy byłem mały. To on mnie nauczył grać, a gdy zmarł, to obiecałem sobie, że dalej będę ćwiczył. Chciałem odwdzięczyć się dziadkowi za ten prezent i w taki sposób trąbka stała się moim życiem. - Grzegorz posmutniał. Spojrzał w jeden z kątów pomieszczenia, a następnie wyciągnął papierosa, którego zaraz potem zapalił.
- Dziękuję - szepnąłem. Grzegorzowi zalśniły oczy. - Dziękuję, że mogłem z wami zagrać. Uświadomiłem sobie, jak to pianino jest mi bliskie, choć przez tyle lat byliśmy od siebie daleko.
- To ja powinienem dziękować.
- Nie ma za co.
I znowu zapanowała cisza.
Nie zważając już na nieposprzątaną do końca scenę, udałem się do mieszkania. Jakoś tak straciłem ochotę. Wtedy też ogarnęło mnie nieubłagane zmęczenie. Idąc tak przez ulice swojego miasta, czułem się, jakbym był lekko pijany - nie szedłem w linii prostej, lekko się kołysałem, jakbym potrzebował upaść na chodnik. Nie było to w żadnym stopniu przyjemne uczucie. Chciałem już znaleźć się nad łóżkiem i wtedy oddać się ostatecznemu upadkowi.
Świat parował. Płynąca między kamienicami i blokami mgła coraz agresywniej deformowała widziany przeze mnie obraz rzeczywistości. Poza tym rozprowadzona po chodnikach pustka (ze względu na dość późną porę) tym bardziej sprawiała, że czułem się, jakbym znalazł się w zupełnie innym miejscu.
W końcu jednak dotarłem do mieszkania. Ledwo co zdjąłem buty, od razu rzuciłem się na swoje wytrzeźwiające łóżko. To raniące uszy skrzypnięcie było wtedy dla mnie jak najpiękniejsza muzyka. Głowa mimowolnie znalazła się na wygniecionej poduszce. Miałem wrażenie, jakbym wychodził z własnego ciała i rzeczywiście tak było - znowu zacząłem śnić.
Powolnym krokiem przemierzałem kolejne piętra bloku, na których panowała cisza i ciemność. Każdy już spał. Ja też spałem. Później znalazłem się na brudnym dachu, z którego mogłem podziwiać oświetlone przez uliczne lampy miasto. Blaski żarówek w niefatalny sposób łączyły się z oddalonymi o wielkie dystanse gwiazdami. Ten nocny kontrast sztucznego światła z naturalnym tym bardziej wprawiał mnie w chęć dalszego podążania w kierunku krainy snów, która kryła się za powłoką mrocznego nieba.
Spacerowałem po odpadkach chmur. Skakałem po powietrzu, jakbym był od niego lżejszy. Pływałem kajakiem między szumami wysokiego wiatru. Świat stawał się coraz mniejszy. Byłem coraz wyżej i wyżej, aż w końcu znalazłem się u progu krainy.
Otwarto mi bramę, a potem światło zgasło. Pojawiłem się w zupełnie innym miejscu - już nie było ciemności, już nie było miniatury mojego miasta, już nie było gwiazd. Stałem na niewielkiej polanie. Nad moją głową rozpromieniał się blask różowego słońca, które w połączeniu z różowym niebem tworzyło niezapomniany obraz piękna. Trawa była dość wysoka - dosięgała mi do kolan, ale nie przeszkadzało mi to. Bez żadnych problemów przechadzałem się między zielenią w nieznanym kierunku i bez jasnego powodu.
Nagle, do moich uszu wpłynął znajomy dźwięk. Był to głos kobiety - dobrze znanej mi kobiety. Wzdrygnąłem się. Przez ciało przepłynęło nieprzyjemne napięcie. Skrzyżowałem ręce (jakby to miało cokolwiek zmienić). Zacząłem wypatrywać. Szukałem jej wzrokiem, ale nie wiedziałem od czego zacząć. Polana była otoczona lasem. Zrozumiałem, że musiała kryć się za jednym z drzew, ale nie miałem odwagi, by podejść i zajrzeć. Wtedy też pojawiło się to uczucie, które w snach często nazywam: wymuszoną bezbronnością. Potrzebowałem wyrwać się z pułapki, jaką była dla mnie ta polana, ale nie wiedziałem jak. Z każdą sekundą głupiałem, choć nie miałem ku temu żadnych przesłanek.
I tak, podczas tych moich walk ze statusem quo, pojawiła się ona. Stanęła kilka kroków od mojego ciała. Nie miałem zielonego pojęcia, skąd przybyła. Była ubrana w tę samą suknię, w której widziałem arystokratkę podczas swojego pierwszego występu. Włosy miała rozpuszczone - w perfekcyjny sposób ułożyły się na powierzchni jej ramion.
- Szukałeś - stwierdziła bez emocji.
- Kogo? Ciebie? - zapytałem, ale uświadomiłem sobie, jaki to był głupi ruch z mojej strony.
- No mnie.
- No tak, ciebie.
- Wiem o tym. Widziałam.
Na chwilę straciłem rozeznanie. Wciąż wpatrywałem się w tę dobrze zapamiętaną twarz, ale zgubiłem się w jej wypowiedziach. Miałem wrażenie, jakby jej słowa tworzyły swoisty labirynt, w którym nie umiałem odnaleźć jakichkolwiek wskazówek, by móc ruszyć dalej.
- Czemu mnie szukasz, skoro nie istnieję? - podniosła głos. Był to atak.
- Myślałem, że istniejesz. Ta kobieta w klubie… - zacząłem się nieudolnie bronić.
- To nie jestem ja. Musiałam cię powstrzymać. Zbłaźniłbyś się.
Jakoś to mnie zabolało. W moim wnętrzu zachodził stopniowy proces utraty nadziei. Z coraz większym trudem analizowałem ruch jej bezlitosnych oczu, które w ramach konwencji złości unieruchamiały mnie poprzez hipnozę.
- Do czego to wszystko zmierza? - zapytałem wprost. Usiadłem na trawie, a ona usiadła obok mnie. Miałem wrażenie, że ten wyraz bezsilności musiał nastąpić (prędzej czy później).
- Ale co? - udawała, że nie rozumie. Próbowała wydusić ze mnie wyznanie.
- To wszystko. W sensie to, co ja robię. Te sny. Te występy. Ta utrata rodziców. Jak to się skończy?
Wymierzyłem jej emocjonalny policzek. Prawdopodobnie nie spodziewała się aż takiego wyznania. Uroniłem łzę.
- Świat jest dziwny - podsumowała.
- To wiem.
- Ale też jest pusty. Jest bez struktur i podporządkowany.
- W sensie?
- Pozornie wydaje ci się, że jesteś zamknięty, a jesteś zupełnie wolny, ale zarazem, patrząc na to z perspektywy wcielenia się w alternatywną postać, to wciąż tkwisz w zamknięciu, bo jesteś podporządkowany najwyższej sile.
Nie zrozumiałem, ale kiwnąłem głową. Jej głos zupełnie się uspokoił. Zbliżyliśmy się do siebie, choć trawa zasłaniała znaczną część naszych ciał.
- Czemu nie możesz istnieć? - zapytałem.
- Wiesz… ja istnieję tylko dla ciebie, ale po prostu nie istnieję poza tobą, więc to nie jest tak, że zupełnie nie istnieję.
- To czemu nie możesz istnieć poza mną?
- Bo to przeczy stałym prawom. To nie oznacza, że brak struktur świata jest tożsamy z zupełną samowolą. Tak jak wspomniałam: rządzi wyższa siła i choć nie masz o niej pojęcia, to wyznacza stałe prawa.
- Widziałaś tę siłę?
- Siły nie da się zobaczyć, ale widzę jej skutki. Ty nie widzisz skutków, bo sam jesteś skutkiem.
- Boję się - wymsknęło mi się, ale była to prawda.
Ona tylko na mnie spojrzała. Dobrze wiedziała, co mi dolega, bo była mną. Próbowałem siebie rozwarstwić i jednej z tych warstw nadać zupełnie nową tożsamość.
- Czy ja jestem zdrowy? - znowu zapytałem.
- Nie.
- Czy będę zdrowy?
- Nie.
- To po co muszę dalej tkwić w tym, w czym tkwię?
- Nie musisz.
- A jak uciec?
- Nie uciekniesz.
- Ale to nie ma sensu.
- Ma.
- To już się robi denerwujące. Te ciągłe niedopowiedzenia. Ta gra z filozofią. Powiedz mi wprost, co tu się dzieje, a przysięgam, że dam ci spokój. Czemu jesteś taka tajemnicza? Chcesz coś ode mnie usłyszeć? Chcesz usłyszeć jakieś magiczne słowo? Mogę ci to wszystko powiedzieć, tylko ty mi powiedz, dokąd zmierza ten sen.
Ona wstała. Podała mi rękę. Zaczęliśmy iść. Nie wiem, dokąd zmierzałem. Wierzyłem, że gdzieś ostatecznie trafię.
Przemierzając tak niekończący się las, czułem, jak natura jest mi posłuszna - brak deszczu, piękne widoki światła słońca odbijającego się od swobodnie tańczących liści. Zwierzęta również wykazywały się wyjątkowym spokojem. Nieopodal nas przebiegła gromadka zaciekawionych zajęcy, a ptaki, które mieszkały w koronach drzew, postanowiły milczeć i jedynie przyglądać się naszym kolejnym krokom.
Stworzony w moim śnie świat nie sprawiał wrażenia podłego. Gdyby był to koszmar, to dawno znalazłbym się w znacznie ciemniejszej scenerii. Tam jednak czułem się lepiej niż na jawie. Szczególnie to wspomniane niebo dodawało uroku. Trudno zapomnieć, ale też trudno dokładnie opisać, jak ten niepewny róż rozprowadzał się po górującym nad nami i drzewami firmamencie. Pod tym względem akurat natura nie miała wobec nas litości - kreacją nieba chciała nam uświadomić, że nie będziemy nad nią zupełnie dominowali.
Idąc tak z nią, zastanawiałem się nad wieloma problemami. Główną kwestią było to, dlaczego trafiłem tutaj. Czemu moja podświadomość chciała mnie zesłać do tego miejsca? Drepcząc do miejsca docelowego, miałem nadzieję w końcu pojąć prawdę.
Niejednokrotnie spoglądałem na prawy policzek jej skupionej twarzy. Większą część drogi szliśmy w zupełnej ciszy. Nie byłem w stanie się przemóc i niczego powiedzieć. Nie byłem też gotowy ponownie ją dręczyć pytaniami. Czułem, że mogłaby odpowiedzieć podobnie jak wcześniej: chłodno, bez większego wysiłku.
W pewnym momencie w końcu pojawiliśmy się ponownie na polanie. Miałem wrażenie, że to ta sama polana, od której zaczął się mój sen. Tym razem w centrum - pośród wysokiej i kołyszącej się trawy - znajdował się stary i zniszczony kościół. Ledwo trzymające się ze sobą drewniane belki z wysiłkiem utrzymywały się nad ziemią. Łatwiej byłoby im zlecieć na ziemie lub skrócić ich żywot, a potem spalić. Niewyraźne witraże przedstawiały jakichś nieznanych mi świętych, którzy w odcieniach wyblakłych kolorów wyglądali na smutnych i zmęczonych. Dach kościoła pokrywała strzecha, która wyrażała starość budowli; pamiętająca jeszcze czasy dominacji wsi, gdy między ścianami skrywali się nieposłuszni żonom chłopi, zmęczone od ciągłych prac dzieci i kobiety.
Drzwi od kościoła były otwarte. Wołały mnie. Słyszałem ich szept, choć nie brzmiał on w żadnym znanym mi języku. Odwróciłem się w jej kierunku, aby poprosić o wskazówkę. Ona tylko milczała i przypatrywała się mojej dezorientacji. Starałem się cokolwiek zrobić. Tak więc wykonałem jeden krok do przodu. Ona syknęła.
- No co? - zapytałem z niezrozumieniem.
- A tak se syczę.
- Nie powiesz mi, czemu tutaj nagle pojawił się kościół?
- Sama też nie wiem. To twój sen. Nie mój.
Zdenerwowałem się. Podszedłem do niej i złapałem ją za rękę. Lekko się wzdrygnęła i spojrzała wprost w moje płonące oczy:
- Co ja takiego zrobiłem? Czemu to wszystko się dzieje? Czemu nie mogę uzyskać żadnych odpowiedzi? Co jest ze mną nie tak? GADAJ!
Najwyraźniej wystraszyła się. Wyraz jej twarzy uległ drastycznej zmianie.
- Mówiłam ci wszystko, co wiedziałam. Co mam ci jeszcze powiedzieć?
- No już nie zgrywaj głupiej! Do czego to wszystko zmierza… to jest moje PYTANIE! - krzyknąłem, aż z koron bliskich drzew wyleciały poruszone ptaki.
Zapadła cisza. Z jej oczu popłynęły soczyste łzy, które powolnie opuszczały powierzchnię zarumienionej twarzy. W sumie to nie wiem już sam, czego od niej oczekiwałem. Wiedziałem, że mi nie odpowie, bo była częścią mnie, a skoro ja nie wiedziałem, to i ona nie mogła wiedzieć. Może właśnie na tym polega tragikomedia naszych czasów? Na tej balansującej tragedii życia (w oparciu o nieudolne próby znajdowania jego sensu) ze współistniejącą w tle komedią w postaci grania jedynie smętnej roli, którą ktoś ogląda i nie może powstrzymać się od śmiechu, jacy jesteśmy głupi, że nie widzimy tego, co widzą inni. Taka to tragikomedia. Zaczynasz płakać, a przy okazji śmiechom nie ma końca.
Przytuliłem się do niej. Objąłem jej trzęsące się od wybuchu płaczu ciało i starałem się uspokoić. Lekko gładziłem dłonią jej gęste włosy. To było jak przepraszanie samego siebie - to było przepraszanie samego siebie. Miałem okazję w końcu wybuchnąć, a zarazem spojrzeć na ten wybuch i zrozumieć się. Wiedziałem, jak ona umiała dobrze potrafiła mnie zagrać - ona wciąż była mną, choć przyjęła inną płeć.
Po kilku minutach w końcu się od siebie oddaliliśmy - bez słowa. Ona odeszła w kierunku lasu, zostawiając mnie samego z drewnianą ruiną, którą kiedyś nazywano kościołem. Chciałem jak najdłużej popatrzeć na jej malejącą wśród drzew sylwetkę, by mieć ten obraz do końca życia w swoim archiwum wspomnień. Wiedziałem, że już nigdy jej nie zobaczę. I tak się stało - nie zobaczyłem.
Podszedłem pod majestatyczny pomnik historii, którego młodość minęła bezpowrotnie. Powolnie przejechałem dłońmi po powierzchni lekko wilgotnych belek. W końcu zajrzałem do środka, bo to mnie najbardziej ciekawiło. Chciałem wiedzieć, co spotka mnie w tej świątyni.
Jednakże prócz odwróconego plecami do wejścia posągu, w środku nie znajdowało się nic innego, co mogłoby zwrócić mogą uwagę. Duże zbiorowiska kurzu osadzały się na nisko ustawionych parapetach. Nie było żadnych ławek, przy których można było uklęknąć i pomodlić się do czuwającego Boga. Tylko tajemniczy posąg wykonany z szarego kamienia, który nie pasował kolorystycznie do drewnianego wnętrza.
Powoli zbliżyłem się, nie spuszczając oczu z interesującego obiektu. Każdy kolejny krok wywoływał nieprzyjemny dla ucha dźwięk skrzypiących paneli. Tak już czasami w snach bywa, że choć chcielibyśmy jak najszybciej znaleźć się w danym miejscu, to ruchy nagle spowalniają i wszystko jest na granicy zatrzymania się w czasie.
Dopiero po chwili znalazłem się przy posągu. Był dość wysoki - na pewno dominował nade mną pod względem swoich rozmiarów, ale daleko mu było, by sięgnąć sufitu kościoła. Poszedłem za figurę, aby przyjrzeć się jej od frontu. Wtedy też zamurowało mnie. Moim oczom ukazała się sylwetka anioła składającego ręce - to był ten sam anioł, którego widziałem na cmentarzu jakiś czas temu, gdy miałem okazję po raz pierwszy porozmawiać z n i ą. Tym razem jednak posąg różnił się jednym detalem: była to twarz. Twarz, którą rzeźbiarz postanowił uformować na podobieństwo mojej. Widziałem to wszystko zbyt dobrze - te smutne oczy spoglądające w bezkres rozciągającego się nad głową nieba; te spękane usta i krzywy nos, które wyrażały moją nieatrakcyjność; te niemogące wypłynąć słowa skryte w czeluściach mojego napiętego gardła; i ta zatrzymana przy prawym oku łza. Patrzyłem, jak krytyk patrzy na dzieło wymagające recenzji. Analizowałem każdy fragment krok po kroku, ale nie mogłem dociec, czemu to moja twarz znajdowała się na twarzy błagającego anioła.
Nagle! Niespodziewanie z zadumy wyrwał mnie dźwięk pukania w drzwi świątyni. Machinalnie odwróciłem się i ujrzałem ją. Ubrana była w ten sam płaszcz, w którym spotkała mnie na wspomnianym wcześniej cmentarzu. Tym razem jednak jej głowę zdobił dodatkowo czarny kapelusz, który wybitnie kontrastował z barwą jej brunatnych włosów. Oczy zakrywały kwadratowe okulary przeciwsłoneczne, dzięki którym trudno było odgadnąć prawdziwe emocje.
- Przyszedłeś? - zapytała, jakby było to dla niej wielkie zaskoczenie.
- No tak, w końcu co miałem zrobić?
- Dobrze powiedziane. Mogłeś dalej gnić.
- W sensie?
- Być jak kwiat podarowany, który z powodu braku ziemi i korzeni żyje w agonii i smaży się w gorączce grzejnika, nad którym został umieszczony - w tym długim zdaniu wyczułem, że coś jest nie tak.
Ponownie spojrzałem na posąg, który, nieruchomy, grał z wdzierającym się do kościoła światłem, przyjmując odmienne tony tej samej szarości. Później wróciłem spojrzeniem do niej, a ona zbliżyła się do pomnika, lecz nie zajrzała mu w twarz. Skupiła się na mojej.
- Przyszedłeś, bo?
- Bo byłem ciekawy? - nie wiedziałem, czy takiej odpowiedzi ode mnie oczekiwała.
- Byłeś ciekawy, a nie zmęczony?
- Nie rozumiem.
- Jesteś taki skomplikowany. Nie dziw się, że nie rozumiesz tego, co mówię, bo na tym to polega.
- Ale chwila, co się dzieje?
- Próbuję do czegoś dojść.
- Ale czego?
- Nie mogę ci powiedzieć, póki nie dojdę.
- No to co chcesz wiedzieć?
- Czy byłeś ciekawy, czy zmęczony? - zapytała tak samo, jak wcześniej (jakby cofnęła się w swoim dialogu).
- Kiedy?
- Wchodząc tu.
- No ciekawy.
- A wcześniej?
- Czyli?
- Za życia.
Zamyśliłem się.
- Zmęczony. Pamiętam, że upadłem na łóżko. Wróciłem z występu w Klubie Szosa. Grałem na pianinie. Właściciel mnie pochwalił.
- Brawo - powiedziała krótko, czekając, aż coś jeszcze z siebie wyduszę.
- No i wróciłem do mieszkania. Lekko dygotałem, ale dotarłem. Potrzebowałem zasnąć. Byłem bardzo zmęczony.
Nie mogłem wyczytać niczego wartościowego z wyrazu jej twarzy. Była taka… niezmienna. Wciąż wpatrywała się we mnie tym samym spojrzeniem. W końcu jednak przełamała milczenie i z widocznym bólem zaczęła mówić:
- Zmęczenie było tylko jednym z elementów.
- Elementów czego?
- Elementów głębokiego smutku - chwilę zamilkła, by na spokojnie te słowa dotarły do moich uszu. - Byłeś smutny?
- Nie powiedziałbym tak. Jak wspominałem: byłem zmęczony.
- A czy poza tamtym dniem byłeś świadomy tego, jak jesteś smutny?
- Nie.
- I to cię zgubiło.
Wyjęła z kieszeni płaszcza zgniecioną fotografię. Podała mi ją do rąk. Spojrzałem, a tam byłem ja - leżący na łóżku jak nieprzytomny. Obok mnie znajdowała się żółta karteczka, na której widniała cyfra. Przy łóżku były widoczne czyjeś nogi. Nie wyglądały na nogi Grzegorza.
- Co to jest? - zapytałem łamiącym się głosem.
- To ty i twoja śmierć - odpowiedziała cicho.
Zbladłem.
- Niemożliwe - zaprzeczyłem.
- A jednak.
- Ale jak?
- Widzisz… okazało się, że tamtego wieczoru nie wróciłeś zupełnie zmęczony. Wróciłeś w agonii. Położyłeś się na łóżku i całkowicie się mu oddałeś. Mijały kolejne dni, tygodnie - zamknąłeś się na świat. W mózgu doszło do dysfunkcji przedniego zakrętu obręczy, a to doprowadziło ostatecznie do abulii. Abulia cię zabiła. Depresja cię zabiła. Sam się zabiłeś.
Patrzyłem i nie wiedziałem, co powiedzieć. Trzęsły mi się ręce. Nie mogłem pohamować łez, które napływały mi do oczu. Chciałem cofnąć czas - nie usłyszeć tego, o czym ona mi powiedziała. Wszystko stało się bardziej ponure, a dotąd różowo-pomarańczowe niebo zaczęło ulegać szarości. I ona zaczęła z tą szarością się zlewać. Kościół, trawa, las - wszystko stawało się szare - szare jak moje serce, które od jakiegoś czasu już nie żyło, nie pompowało krwi, nie dawało mi żyć.
Usiadłem na brudnych skrzypiących panelach kościoła i zawiesiłem spojrzenie na swoich skrzyżowanych nogach. Nie chciałem patrzeć na cokolwiek innego niż na siebie - może to ostatnie momenty, kiedy miałem jeszcze świadomość (mimo że już nie była całkowitą świadomością, bo byłem w śnie). Wciąż czułem, że stoi obok mnie, ale milczała. Nie wiem, czego wtedy potrzebowałem. Nie oczekiwałem, że mnie przytuli, że jakkolwiek mi pomoże. Doceniłem jednak, że nie porzuciła mnie (to znaczy: ja sam siebie nie porzuciłem, choć mogłem i ja zostawić siebie samego sobie bez siebie).
Świat ciemniał z każdą kolejną minutą, która płynęła własnym rytmem. W końcu nadszedł moment, w którym kościół zaczął się sypać. Na ziemię spadały kolejne kawałki dachu, które zaczęły odgradzać mnie od niej. Ona coś mówiła - wręcz błagała, ale już nie słyszałem jej słów. Nic już nie miało dla mnie znaczenia. Jej błagania nie wpłynełyby w żaden sposób na to, co się miało stać. Przecież za chwilę miałem zniknąć - wszystko miało przepaść.
Gdy tak siedziałem w stercie słomy i belek, agresywnie ujęła moje ramię i z całych swoich sił zaczęła mnie ciągnąć ku wyjściu. Nie reagowałem. Poddawałem się jej ruchom jak zabawka, którą bawi się dziecko. Nie chciałem ani stawiać oporu, ani pomagać.
Piękny drewniany kościółek ostatecznie zawalił się. Upadła twierdza zapomnianej historii. Na nieszczęście w ostatniej chwili zostałem wyniesiony. Nie było mi dane zniknąć pod zrujnowanymi pozostałościami świątyni. O posągu dawno zapomniałem - nie miał dla mnie większej wartości i nie chciałem go w żaden sposób ratować. Zasługiwał na taką samą śmierć jak ja.
Leżąc na trawie, rozejrzałem się wokół siebie i zauważyłem, że wszystko upadało - nie tylko kościół. Las się sypał, a dokładniej drzewa łamały się jak zapałki. Liście odfruwały w nieznane części świata. Ziemia drżała i pękała jak opętana. Mnie było wszystko jedno. Z obojętnością obserwowałem legnące w gruzach imperium mojego przedśmiertelnego snu. Mojej ostatniej wędrówki w ustrukturyzowanej formie. Już chciałem mieć to za sobą. Pospieszałem krajobraz: Już mógłbyś się w końcu zawalić na amen. Ale on, w dalszym ciągu, grymasił (jakby chciał mieć pewność, czy na pewno wszystko było zniszczone).
W końcu już świat się zrobił pusty. Pusty jak moje wnętrze, którego struktury dawno przestały istnieć. Złożyłem ręce (niczym do modlitwy) i z błagalnym wzrokiem poprosiłem Niebo, aby zabrało mnie w końcu z tego miejsca. Z oka wypłynęła łza, która niespodziewanie zatrzymała się na policzku. Czułem potężne cierpienie spowodowane niezaspokojonym pragnieniem. Nie mogłem już dłużej prosić. Zamknąłem oczy. Postanowiłem, że sam dokonam aktu likwidacji.
I chwilę później otworzyłem oczy. Nie było to Niebo, do którego chciałem się dostać. Nie było to też piekło, którego śmiertelnie się bałem. Nie był to czyściec. Nie była to pustka. Nie był to kosmos. To było moje mieszkanie. Ponownie moim oczom ukazał się ten sam pusty sufit. Wkradające się przez kawałek niezasłoniętego okna światło niczym reflektor podkreślało jego wyjątkową biel. Spojrzałem na zegarek. Zrozumiałem. Poszedłem spać dalej.